ISLANDIA

 ISLANDIA

 Wakacje 2019 rozpoczęliśmy od koncertu grupy Rammstein. Akurat byli w trasie koncertowej i odwiedzili brukselski stadion Króla Baudoina I.
 
 Parę dni później zameldowaliśmy się na belgijskim lotnisku Zaventem. Przed nami planowana od kilku miesięcy podróż. Najpierw lecimy do Kopenhagi, potem przesiadamy się na dużo większy samolot linii Icelandair. Jak wskazuje nazwa przewoźnika, lecimy na Islandię.
 Przed nami 8 dni zupełnie nowych dla nas doświadczeń.
 
 Po przybyciu do Keflaviku, odbieramy z wypożyczalni samochód (jeden z pracowników okazał się Polakiem), i tu kiedy ruszyliśmy samochodem, pierwsze ekstremalne przeżycia. Niebo nagle zrobiło się ciemne,wręcz czarne, zaczął padać deszcz. Szyby naszej Dacii (miała być nowsza wersja Duster a nie jakaś starsza. 4x4 było, więc nie dyskutowaliśmy) zaparowały na maksa. 5 osób nagle zaczęło oddychać, więc szyby nie dały rady. Na szczęście szybko znaleźliśmy właściwe pokrętła (za wiele ich tam nie było) by zapobiec dalszemu parowaniu. Co ciekawe po kilku minutach niebo znów zrobiło się przejrzyste. Po deszczu nie było śladu.
 Typowa islandzka pogoda. Przewodniki turystyczne nie kłamały. Pada deszcz, wieje wiatr? Spokojnie, bez obaw. Za 5 minut wyjdzie słońce.
 
 Pamiętajcie! Wypożyczając samochód na Islandii, chcąc się zapuścić w głąb kraj, weźcie dodatkowe pakiety; ubezpieczcie drzwi od wiatru czy karoserii od odpryskujących kamieni, również warto wziąć kanister.
 Nie zapominajcie też, że maksymalna dozwolona prędkość na wyspie to 90 km/h. My spotkaliśmy radar na zupełnym odludziu.
 
 Światła w aucie obowiązują przez cały rok o każdej porze dnia.
 Rozpoczynamy naszą przygodę.


 Docieramy do Hafnarfjörður pod Reykjavikiem. Tam mieliśmy zarezerwowany pokój w hostelu. Dzieliliśmy go z jakąś młodą Islandką. Była jednak mało rozmowna.

 Wspólne pokoje, wspólna kuchnia, lodówka (każdy miał swoje miejsce na półce z przyklejoną kartką ze swym imieniem). I nikt nikomu niczego nie podbierał. Mój serek Skyr także nie został naruszony. W tym miejscu od razu o nim coś powiem. Skyr, który znajdziecie w swoich pobliskich marketach nie smakuje tak samo wyśmienicie jak ten kupiony na Islandii.



 
 To również tam natknęliśmy się kolejne zjawisko, dość powszechne, zwłaszcza w okolicach stolicy. Ciepła woda pod prysznicem miała zapach zepsutych jajek. Można się do tego jednak dość szybko przyzwyczaić.

 W hostelu poznaliśmy także pewnego geologa, który wraz ze swym partnerem podróżował po wyspie. Doinformował naszą wiedzę i wskazał miejsca, które warto zobaczyć. Oczywiście skorzystaliśmy z jego wskazówek. Nieco później opowiemy o miejscu, które nam polecił.

 Już pierwsza noc w hostelu była dla nas zaskoczeniem. W nocy w ogóle nie robiło się ciemno (był lipiec). Na szczęście piętrowe łóżka w pokoju posiadały zasłony, które po zasłonięciu mogły imitować noc.


Reykjavik

 Tak. Zaczynamy od stolicy. Parkujemy samochód w pobliżu Kościoła Hallgrímura, wjeżdżamy windą na jego wieżę, skąd mogliśmy podziwiać panoramę miasta.

 Kościół znajduje się w centrum stolicy. Jest doskonale widoczny z wielu miejsc, stanowiąc jednocześnie dobry punkt orientacyjny.

 Przed kościołem znajdziecie pomnik Leifa Erikssona. Podarowany został w 1930 przez Stany Zjednoczone z okazji 1000-lecia islandzkiego parlamentu.

 



 Ruszamy dalej. Dochodzimy nad ocean. Przed nami otwierają się wody Zatoki Faxaflói.

 
 Kilka fotek przy słynnej rzeźbie Sólfar. To niemal ikoniczna rzeźba miasta. Mówi się o niej ‘’Łódź marzeń’’ lub ‘’Oda do słońca’’. Symbolizuje ona marzenia o wolności, postępie czy nadziei nieodkrytych terytoriów.

 Jej autor, Jón Gunnar Árnason to islandzki rzeźbiarz, zmarły w 1989 roku. Jego prace były wystawiane w Norwegii, w Holandii czy w Niemczech.

 

 Tuż nieopodal rzeźby, stoi słynna Harpa (sala koncertowa i centrum konferencyjne stolicy). Jej budowę rozpoczęto w 2007 roku. To pierwsza, specjalnie wybudowana sala koncertowa w Reykjaviku. Znajduje się tam Islandzka Orkiestra Symfoniczna. Odbywa się także Islandzki Festiwal Jazzowy.

 Harpa przykuwa uwagę z daleka i polecamy wejść do środka. Metalowa konstrukcja i przyciemniane szyby dodają nieco mrocznego i tajemniczego doznania wizualnego.

 Nie sposób nie poczuć (przynajmniej w lipcu) woni drzew, kwiatów, które mijamy po drodze. Roślinność pachnie z daleka. I taki jest właśnie Reykjavik. Tutaj natura pozostaje naturą. Samo miasto w ogóle nie ma nic wspólnego z wielkimi aglomeracjami. Mieszka tu w sumie połowa mieszkańców całej Islandii ale to i tak zaledwie ok. 150 tyś. osób.


 Kolejny przykład w którym nikt nie ingeruje w naturę to wodny raj dla wszelakiego rodzaju ptactwa, miejskie Jezioro Tjörnin. Ulubione miejsce spacerów mieszkańców stolicy. Spacerujemy więc i my. Pogoda sprzyja. Atmosfera także. Podniecenie pobytu na wyspie trwa.


12 Tónar

 
 
 Islandię pokochałem poprzez muzykę. Jeszcze w latach 80-tych XX wieku, kiedy to Björk, kiedbyła jeszcze wokalistką grupy Sugarcubes. Później zafascynowałem się majestatyczną muzyką grupy Sigur Rós, która w swoich teledyskach zawsze przedstawiała krajobrazy swego kraju. Jeszcze zanim dotarłem do Islandii, miałem możliwość uczestnictwa w koncercie grupy. Już wtedy słuchając ich występu wyobrażałem sobie Islandię. Te tajemnicze, transowe dźwięki dobiegające ze sceny jedynie potęgowały mą wyobraźnię.

 Podobnych przeżyć dostarcza muzyka Ólafura Arnaldsa. Już bardziej subtelna, miejscami filmowa ale oddająca jak najbardziej ten islandzki klimat.

 Także i polscy artyści ulegli islandzkim klimatom. Poszukajcie w internecie teledysków; grupy Behemoth - ‘’Beh Sahar’’ czy Hani Rani – ‘’F Major’’. Czy to przypadek, że każdego w w/w wykonawców lubię i ich szanuję?

 Tak więc nie mogłem sobie odmówić odwiedzin słynnego w całej Islandii, kultowego sklepu muzycznego.

 

 12 Tónar to sklep i jednocześnie wytwórnia muzyczna. To stąd islandzka muzyka wychodziła w świat. Pan sprzedawca jest bardzo ochoczy do rozmowy i kto wie, może Wam, tak samo jak nam, zaproponuje gorącą herbatkę. Oczywiście koniecznie musiałem poszperać w płytach winylowych i jeden taki sobie zakupiłem.

 Zahaczamy o Islandzkie Muzeum Penisów. Żeby było jasne. Nie chodzi jedynie o ludzkie penisy. Jeżeli liczycie na jakieś mocno erotyczne doznania to raczej ich nie uświadczycie. Pod względem edukacyjnym jednak, jest to miejsce jak najbardziej godne uwagi. Samo muzeum jest niewielkie i szybko z niego wychodzimy. Zresztą zaraz będziemy w kolejnym muzeum.

 Tym razem to Narodowe Muzeum Islandii. Bardzo ciekawe i pouczające miejsce, które przybliży Wam historię egzystencji mieszkańców na przełomach wielu wieków na wyspie.

 Nie próżnujemy. Czas na Perlan. Kolejne miejsce, które powinno Was zaciekawić. Centrum kulturalne i jednocześnie edukujące. Jest to również kompleks zbiorników ciepłej wody. Mieści jej aż 21 milionów litrów.

 
 Na górze położony jest duży taras widokowy a więc kolejne miejsce na zrobienie ładnych zdjęć i spędzenie miło czasu.


Czas coś zjeść 

 Wizyta w restauracji islandzkiej może szarpnąć za kieszeń. Da przeciętnej 4 osobowej rodziny może być to spory wydatek. To dopiero początek naszych wakacji, kasę mamy jeszcze pełną, więc nie możemy sobie odmówić by zjeść coś tutejszego. Wybór padł na Kjötsúpa – to popularna zupa jagniąca. Mięso duszone z kością stanowią bulion a obfitość korzennych warzyw dodaje pewną słodycz i gęstą konsystencję. Smakowo blisko naszego kapuśniaka, mimo iż kapusty tam nie było. Jednocześnie jakaś nuta naszego rosołu.

 Porozmawialiśmy troszkę z kelnerem. Okazał się Węgrem i poinformował nas, że na kuchni gotują Polacy. Ten polski temat będzie się co jakiś czas pojawiał.

 Drugie danie stanowił zwykły sznycel. Raczej szukaliśmy już czegoś tańszego niż wykwintnego. Ta zupa wcale nam nie wyszła tak tanio.

 
 W Hafnarfjörður skosztowaliśmy hamburgera w bułce z frytkami. Przepraszamy wszystkich Belgów ale to nie w Belgii jedliśmy najlepsze frytki w życiu. Sam hamburger natomiast to ‘’niebo w podniebieniu’’. Połączenie burgera z roztopionym plastrem sera, boczkiem i rozpływającym się w ustach jajkiem sadzonym musieliśmy spróbować odtworzyć także po powrocie do domu. Powiedzmy, ze nam się udało.

 O jedzeniu jeszcze co nieco napiszemy ale zaznaczamy, tego słynnego śmierdzącego rekina nie jedliśmy. Zabrakło nam odwagi. Temat ryb jednak się pojawi.

 Na tym kończymy etap Reykjavik.

Blue Lagoon


 Przygotowując się do naszego wyjazdu, wcześniej poczyniliśmy szereg rezerwacji tutejszych atrakcji.

 Słynną Blue Lagoon rezerwował Łukasz. Kąpiel w gorących źródłach wybrał o godzinie 21.00, co pozwoliło nam na kąpiel przy zachodzie słońca, które w praktyce i tak prawie nigdzie nie zaszło. Wybór wieczornej pory był także sporo tańszy. Każdy bilet zawierał też w cenie możliwość wyboru drinka. Bufet znajdował się w wodzie i taką drogę trzeba była także do niego pokonać. 

 
 Zaznaczamy, iż mimo walorów leczniczych wody, wychodzimy z niej nieco ociężali. Dopóki się w niej znajdowaliśmy, nic podobnego nie odczuliśmy.

 Zanim jednak skorzystamy z kąpieli, obowiązkowo musimy wziąć prysznic. Jest to miejsce typowo turystyczne, więc prysznice i szatnia są odpowiednio podzielone na żeńskie i męskie. W wielu innych tego typu miejscach nagość nie stanowi żadnego tabu dla żadnej z płci.

 O tej otwartości w sieci możecie przeczytać całe historię. Dla Islandczyków nie stanowi to ani zgorszenia ani wstydu przed inną osobą.

Park Narodowy Þingvellir



 Nadal nocujemy w naszym hostelu, mamy w okolicy jeszcze kilka miejsc do zobaczenia. Dziś tzw. region ‘’Złoty Krąg – Gullni hringurinn’’. Nasz plan dziś jest napięty a jeszcze nie jesteśmy świadomi, że czeka nas nieplanowana niespodzianka.

 Najpierw park Þingvellir. Znajduje się on kilkadziesiąt kilometrów od stolicy. Miejsce to jest ważne dla Islandczyków. To tam w 930 roku zebrał się pierwszy parlament Althing.


 Park znajduje się w bardzo interesującym miejscu. To tutaj stykają się płyty tektoniczne; euroazjatycka i północnoamerykańska. Wpływa to oczywiście na dużą aktywność sejsmiczną i wulkaniczną. Sam teren poprzecinany jest licznymi szczelinami.

 Kiedy już zostawicie samochód na parkingu to po drodze na początku szlaku napotkacie się na pomnik upamiętniający pożar letniego domku rządowego, w którym zginął premier Bjami Benediktsson wraz z czteroletnim wnukiem.

 W 2005 roku park został wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

Dolina Haukadalur czyli czas na Stokkur i Gejzer

 To jedno z tych miejsc, które są najpopularniejsze w regionie Złotego Kręgu. Oczywiście z wielkim podnieceniem ruszamy i my na spotkanie z wybuchającą z ziemi nieco śmierdzącą i gorącą wodą. Najpierw mijamy szereg źródełek i strumieni z bulgoczącą wodą.

 

  
 O ile Stokkur wybucha w odstępach kilkuminutowych i sam jego wystrzał jest naprawdę imponujący, to znajdujący się obok Gejzer (Geysir) niestety nie wybucha praktycznie wcale. Po prostu przestał wybuchać. Brak jego aktywności tłumaczy się różnie. Być może to wina ruchów tektonicznych ziemi? Być może zaśmieceniem przez turystów, którzy wrzucali do niego np. monety?

 A to właśnie Gejzer strzelał najwyżej i dostarczał przeżyć znacznie większych niż Stokkur.

 Okolice doliny są dość wietrznym terenem. Przynajmniej my trafiliśmy na spory wiatr, zwłaszcza wspinając się na pagórki otaczające dolinę. Warto jednak i tam pozostać chwilę i pospacerować.


Wodospad Gullfoss


 Już z daleka wygląda niesamowicie a kiedy już dotrzecie bezpośrednio pod niego, zobaczycie z jaką siłą wody rzeki Hvítá spadają milionami litrów w przepaść, opływając najpierw i spiętrzając jego skaliste dno.

 Siła wiatru towarzysząca spływającej kaskadowo wodzie jest nie do opisania. To trzeba przeżyć na własnej skórze. Wodospad to prawdziwe cudo natury.

 

 
 Możecie to zobaczyć na naszym filmie, załączonym poniżej. Niestety film jest słabej jakości nad czym ubolewamy do tej pory. Z ujęć różnych aparatów i telefonów i słabej kamery udało nam się jednak skleić film. Tak czy owak, gorąco polecamy jego obejrzenie.

Wyjazd nieplanowany

 Z tarasu widokowego nie opodal wodospadu Gullfoss dostrzegamy pewien masyw górski. Stwierdzamy, że jest blisko. Na oko z 5-6 km. Nie trzeba był nam długo myśleć. Jedziemy tam!!!

 
 Po drodze jeszcze się zatrzymujemy przy rzece Hvítá, w miejscu, zanim tworzy ona wspomniany wodospad.

 Robimy kilka fotek i ruszamy dalej. Kończy się asfalt, mijają nasze (na oko 5-6 km) a nasza góra wciąż przed nami. 

 Ziemia powoli wygląda niczym na jakiejś innej planecie. Góry gdzieniegdzie pokrywają resztki lodu, gdzieś w oddali spływające z lodowców wody tworzą spore zlewiska.


 
 Dopiero później do nas dotarło, że dotarliśmy do lodowcowego jeziora Hvítárvatn z którego to właśnie tworzy się rzeka Hvítá, stanowiąca później wspomniany wodospad Gullfoss.

 Krajobraz przybiera kosmiczny, niezamieszkany teren. Żadnego domu, żadnej żywej duszy, tylko my. Na dodatek nie wiemy co robić dalej. Kończy nam się paliwo. Jechać przed siebie czy wracać? Nie chcemy wracać. Tutaj nam się podoba. Chcemy więcej. Niestety rozsądek nam mówi coś innego.

 W końcu dostrzegamy jakieś niewielkie budynki, niczym zajazd na pustkowiu. Ich obraz wyłonił się nagle. I nic innego oprócz niego na tym pustkowiu nie było. Postanawiamy wejść do środka. Wow! Są ludzie. Przy wielkim stole przygotowywała się do posiłku grupa Holendrów. Zapytaliśmy się o stację paliw w pobliżu. Odpowiedź nas za bardzo nie ucieszyła. Jadąc do przodu najbliższa stacja miała być za 100 km, wracając za ok. 60 km. Hmmm. Chcąc nie chcąc zawróciliśmy.

 Nigdy nie zapomnimy strachu, kiedy na tym pustkowiu zaświeciła się lampka kontrolna wskazująca kończące się paliwo. Dopiero później sprawdziliśmy na mapie, gdzie w ogóle dotarliśmy. Jak się okazało zapuściliśmy się na słynny Kjölur, drogę nr 35, przecinająca kraj w połowie pomiędzy lodowcami Langjökull i Hofsjökull.

 Gdybyśmy pojechali dalej, dotarlibyśmy w miejsca, które w naszym grafiku mamy zwiedzać za 4 dni. To tak jakbyśmy z Katowic do Gdańska planowali jechać przez Kraków, Lublin, Białystok a skrócilibyśmy sobie drogę przez Łódź i Toruń.

 Uff. W końcu jest stacja paliw. Tankujemy. Wszyscy radośnie wracamy do naszego hostelu pod Reykjavikiem. Jutro czeka nas nowa wyprawa w głąb Islandii. Mamy zamiar objechać wyspę drogą nr 1. W okolice Reykjaviku wrócimy dopiero za kilka dni.

 No to w drogę. Ruszamy na wschód. Przed nami droga w nieznane. Następny nocleg za ok. 400 km. Po drodze jeszcze kilka atrakcji.

 Nie zapominajcie zatankować paliwa. Nawet jeśli macie połowę zbiornika. Nigdy nie wiadomo, kiedy będzie kolejna stacja paliw. Z wypożyczalni warto wypożyczyć także kanister i go napełnić. Nie lekceważcie tego.


 Jadąc drogą nr 1 zwracajcie uwagę na tabliczki informujące o atrakcjach. Wtedy z reguły należy zjechać z drogi głównej.

Wodospad Selialandsfoss


 Użytkownikom dronów zalecamy przy unieśli przy nim swe urządzenia przy wodospadzie w górę by podziwiać właśnie z góry jego spadające wody. My pozostaliśmy na dole. Za to ścieżka prowadząca do wodospadu doprowadziła nas za niego od tyłu. To całkiem ciekawe przeżycie, móc stanąć z drugiej strony a właściwie pod wodospadem spływających z niego strumieni wody.


Wodospad Skógafoss


 Niesamowicie piękny wodospad. Musicie koniecznie podejść bezpośrednio pod niego. No chyba, ze nie chcecie zmoknąć. Wtedy wystarczy się do niego nie zbliżać. Nam nawet nie przyszło do głowy by patrzeć na niego jedynie z daleka.
 Wcześniej zalecamy założyć coś co nie przepuszcza deszczu. My co prawda mieliśmy kurtki ale spodnie przemokły nam totalnie. Na parkingu musieliśmy zmienić na kolejne a te mokre suszyliśmy dopiero, kiedy dotarliśmy na kolejny nocleg.
 Skógafoss możecie ponadto obejrzeć także z góry. Prowadzi tam ścieżka ze schodkami.


Lodowiec Sólheimajökull


 To ten lodowiec polecił nam poznany w hostelu geolog. Najbardziej dostępny dla przeciętnego turysty bez potrzeby przygotowywania się ze sprzętem do trekkingu.
 Jego lodów możecie praktycznie dotknąć dłońmi. Zostawiając samochód, czeka Was najpierw spacer poprzez ścieżkę wokół wód roztopowych ale kiedy już podejdziecie pod niego bliżej czeka Was nie lada majestatyczny widok.

 


 Tam też odważyliśmy się napić wody bezpośrednio z rozlewisk. Smakowała normalnie. Jak widać do tej pory żyjemy. Choć wody zasilają rzekę
Jökulsá, słynącą ze smrodu zepsutych jajek, to nic takiego nie czuliśmy.

 Sam lodowiec to odgałęzienie wielkiego Mýrdalsjökull, gdzie występuje aktywność słynnego wulkanu Katla.


Czarna plaża Reynisfjara


 Obowiązkowy punkt zwiedzania kraju, znana na całym świecie islandzka plaża charakteryzująca się czarnym piaskiem a raczej czarnymi kamyczkami. Pośród bazaltowych skał swe siedliska ma wiele gatunków ptaków, co zauważycie a raczej usłyszycie niemal natychmiast. Również maskonurów.

 My jednak na spotkanie w maskonurami wybraliśmy się zupełnie gdzie indziej ale o tym powiemy nieco później.

 

 Czarna plaża słynie z bardzo wysokich fal, nawet do 30 metrów. Nie ma to miejsca każdorazowo ale wielu turystów bagatelizuje ostrzeżenie, dając się porywać przygodzie z dobijającymi do skał wodami oceanu.

 Jest to jednak bardzo niebezpieczne zachowanie. Możecie zostać wciągnięci do oceanu.

 Podczas naszej wizyty fale akurat nie były zbyt duże co pozwoliło nam na zapuszczenie się i wspinaczki na plażowe skały.

 Miejsca po których chodziliśmy dwa tygodnie później praktycznie przestały istnieć. Część skarpy runęła do wód oceanu. Fakt ten nie wpłynął jednak negatywnie na urok tej chyba najpiękniejszej z czarnych plaż w Islandii.

 W restauracji przy plaży natomiast skosztowałem najsmaczniejszej zupy rybnej jaką jadłem w życiu. Była to zupa z łososia. Nie pamiętam co jedli nasi kompanii podróży.

 Dodatkowo zamówiłem czarnego hamburgera (czarna bułka o mocnym aromacie siarki) z łososiem, jajkiem, warzywami. Aromat i smak tej bułki był tak silny, że bez popicia nie dałem rady zjeść.


Kanion Fjaðrárgljúfur


 Powoli przesuwamy się na wschód kraju, jednak nadal zatrzymujemy się w jego południowej części.
 Kanion Fjaðrárgljúfur ma 2 km długości i 100 metrów głębokości. Warto zrobić sobie przy nim przerwę i pospacerować wokół. Uformował się około 9 tysięcy lat temu. Zbudowany głównie z palagonitów. Dociera do niego droga nr 206. odchodząca od drogi głównej nr.1. My spacerowaliśmy jego górną częścią ale jest też możliwość podziwiania go z dołu.
 Kanionów na wyspie jest znacznie więcej. Więc gdybyście planowali podróż do Islandii, weźcie je pod uwagę.

 Islandia to taki kraj, którego nie da się odkryć w tydzień czy dwa. Nasze 8 dni i tak były napięte i wciąż pozostaje niedosyt i chęć powrotu na wyspę. Czytając różne przewodniki i blogi aż serce nas ściska, że byliśmy właściwie gdzieś obok a nie trafiliśmy w te cudne miejsca, bądź brakowało nam czasu by wszędzie dojechać.

 Słoneczna pogoda powoli ustępuje chmurom, mgłom i deszczom. Zbliżamy się do lodowców , w tym do największego Vatnajökull. Zanim to jednak nastąpi zatrzymujemy się przy szkielecie mostu Skeiðará.


 Ten monument pozostawiony właściwie na zupełnym odludziu, stanowi idealny przykład siły natury na Islandii.
Stamtąd także, pod warunkiem, że pogoda pozwoli na dobrą widoczność, dojrzycie najwyższy szczyt Islandii, Hvannadalshnúkur. Według pomiarów z 2005 roku, jego wysokość wynosiła 2109,6 m.n.p.m.

 W 1996 roku potężny wybuch wulkanu pod lodowcem Vatnajökull, spowodował stopnienie dużej części lodowca, co wywołało także zalewanie znacznej części terenu. Most został staranowany przez olbrzymie bryły lodu spływające z lodowca a był to największy most na drodze nr 1. Spowodowało to wówczas straszne problemy komunikacyjne kraju. 

 Tak w ogóle to przemierzając wschodnią Islandią na północ, zauważycie, że teren jest bardzo znikomo zamieszkały. Po prawej w oddali widzicie lodowce, po lewej nieograniczone rozlewiska , których wody łączą się już tylko z oceanem. Te wody nigdy nie pozostają takie same. Raz stanowią mniejsze, raz wręcz ogromne połacie roztopów.

 Pogoda robi się coraz bardziej kapryśna, wieje wiatr, deszcz zacina bokiem, droga prowadzi po bardzo stromych zboczach. Co jakiś czas stoją koparki czy inny sprzęt drogowy. Zapewne zostawiony tam na stałe celem ewentualnych remontów dróg. Czasami ujrzycie jakieś gospodarstwo domowe, osamotnione pośród gór, za jakieś 20 km kolejne gospodarstwo. Gdzieś po drodze owce zablokują Wam drogę. Tylko nie trąbcie na nie. Prędzej czy później sobie pójdą. W sumie napotykając owce, macie kolejną okazję by sfotografować Islandię jak należy.


Lodowiec Vatnajökull


 Jeszcze 3 dni wcześniej w Reykjaviku chodziliśmy w koszulkach z krótkim rękawem. Było 18 stopni. Tutaj wycieraczki w samochodzie nam przymarzły. A więc mamy zimę w środku lata. Powiem sam za siebie ale pewnie moi towarzysze podróży myśleli podobnie. To co zobaczyłem to był najpiękniejszy widok jakie moje oczy widziały w życiu. 


 Kontrast bieli i błękitu
lodowych wzniesień i skarp, spływające rzeką bryły lodu. Spacer pośród tych lodowych brył. I ta niby szara i ponura, niemal zimowa aura a jednocześnie tak piękna i zachwycająca, że przysiadłem sobie na pagórku i nie miałem ochoty nigdzie się ruszać. Po prostu tam było magicznie. Ten ogrom lodu i wody wokół. Niesamowite.


 Nasza baza noclegowa znajdowała się nieco dalej, tuż przed miastem Höfn . I jak się okazało kolejna magia Islandii.

 

 

 Z początku byliśmy nieco zawiedzeni. Na stronie, gdzie zamawialiśmy nocleg, widniały murowane zabudowania. W recepcji przydzielono nam jednak malutki, drewniany domek. Z WC, mini jadalnią i jednym malutkim pokoikiem z dwoma piętrowymi łóżkami. 5 osób nocowało dwie noce w pokoju 2 x 2 metry.
 
 
 Nasze niezadowolenie szybko jednak przerodziło się w zauroczenie.

 Kiedy dostrzegliśmy poranną ciszę, połacie zielonych łąk a za nimi ocean, z drugiej strony wzniesienia za którymi był już tylko lodowiec, pasące się tuż obok słynne islandzkie konie, nasze baterie doładowaliśmy na 200%.

 Do tego jednorazowy grill i islandzkie piwo zakupione w markecie Netto w Höfn i siedzenie przed domkiem owinięci w kocach z kubkiem gorącej herbaty,. Brakowało kominka.

 W sklepie natychmiast rzuciły nam się polskie batoniki Prince Polo. To ponoć ulubione batoniki Islandczyków. Ja skusiłem się na suszone ryby. Całkiem dobrze smakowały w połączeniu z ketchupem. Ponoć kiedyś służyły jako środek płatniczy.

 By się wykąpać, trzeba było się udać do murowanego budynku obok. Niech Was nie zdziwi brak podziału na męski i żeński. Przed kabinami prysznicowymi są przygotowane do przebrania się ławki. Zostawiacie tam swe ubrania i po prostu wchodzicie do kabiny. To, że obok kobiety stanie nagi mężczyzna naprawdę jest tutaj normalne.

 No i znów pora ruszyć w drogę, znów mgły, deszcz, szereg tuneli. Na moment zbaczamy z drogi nr.1.

 Jedziemy w kierunku Fiordów Wschodnich - Borgarfjordur Eystri.


 

 To był moment najbardziej dla nas niebezpiecznej pogody. Nagle znaleźliśmy się na wzniesieniu, na którym panowała wszechobecna mgła. Wyboista i kamienista droga. Praktycznie mgła wisiała tuż nad samochodem i tuż obok niego. Nie widzieliśmy nic co było 2 metry przed nami czy za nami. Do tego jakieś siły nieczyste ściągały nam samochód na bok. Tu brawa dla kierującej Wiolki, naszej towarzyszki podróży. Ja miałem wtedy odpoczynek od prowadzenia samochodu.
 0dsapnęliśmy, kiedy wjechaliśmy w nieco niższe tereny. Nieco później znaleźliśmy miejsce na którym tak bardzo nam zależało. Przyjechaliśmy tu dla pewnych milutkich ptaszków.

Maskonury


 Borgarfjordur Eystri to dość odległe miejsce, ale to właśnie tutaj poczujecie największą satysfakcję z obcowania z maskonurami z tak bliska. Prawie na wyciągniecie dłoni. Pod warunkiem, że będzie to ich okres lęgowy a więc gdzieś pomiędzy majem a sierpniem.

 I znów po lekkim stresie spowodowanym warunkami drogowymi w dotarciu tutaj, przyszło jakieś odprężenie, kiedy to już zobaczyliśmy setki maskonurów. Pewnie było ich więcej? Trudno określić.

 


 Mówi się na nie papugi północy. Są średniej budowy, wielkości ok 18 cm. Na lądzie przebywają jedynie w okresie lęgowym. Pozostałą część życia spędzają na wodach oceanu.

 Widok maskonurów z ich pomarańczowymi dzióbkami, wychodzących ze swych nor na stromych skałach wybrzeży oceanu, które sami podkopują, dostarcza człowiekowi nawet pewnego rodzaju relaksu.

 To taki kolejny rodzaj doświadczenia, który pozostaje w pamięci chyba na zawsze.

 Pora ruszać dalej. Do kolejnej bazy noclegowej jeszcze daleko. Musimy do wieczora dotrzeć do Akureyri na północy kraju. Znów musimy wracać tą samą niebezpieczną drogą we mgle. Kiedy minęliśmy bardzo mglisty teren w oddali naszym oczom ukazał się renifer. Przystanęliśmy na chwilkę by się jemu nieco przyjrzeć.


Wracamy na drogę nr.1.


Mývatn Geothermal Area


 Tutaj zatrzymujemy się jedynie na moment. I to tylko z braku czasu. Obiecaliśmy sobie wrócić nazajutrz. Jednak 80 kilometrowa droga powrotna z Akureyri okazała się lekko problemowa czasowo do wykonania.


 
 Strefa geotermalna Mývatn jest pełna szczelin, wychodzącej z nich pary, bulgoczących się źródełek i znów przenikającego zapachu a raczej smrodu zgniłych jajek. Tutaj szczególnie intensywnego.

 W okolicy znajduje się słynne zielono-błękitne jezioro Mývatn. Jego wody są bogate w składniki mineralne.

 Istnieje także szereg możliwości kąpieli w pobliskich naturalnych kąpieliskach. Nie korzystajcie z jakiś dzikich miejsc, bez oznaczeń.

 Całe szczęście, że latem wciąż jest w Islandii widno. Przed zameldowaniem w naszym kolejnym miejscu zamieszkania zdążamy jeszcze zaliczyć bardzo ważny wodospad.

Wodospad Goðafoss


 Tzw. Wodospad Bogów robi niemałe wrażenie. Jest częścią rzeki Skjálfandafljót. Wielu turystów uważa go za najpiękniejszy islandzki wodospad. Woda z rzeki Skjálfandafljót spada z wysokości 12 metrów na szerokość ponad 30 metrów. Sama rzeka to czwarta pod względem długości rzeka w Islandii. Wypływa z wód roztopowych lodowca Vatnajökull.

 W miesiącach letnich pod wodospad podpływają łososie, więc jeśli ktoś ma ochotę na świeżego łososia, powinien się tym faktem zainteresować. W pobliżu znajduje się też hotel. My w nim nie byliśmy ale kto wie? Może podają tam te świeże łososie?
 Ponoć w przeszłości ktoś odważny przepłynął po wodospadzie kajakiem.

Akureyri


 To drugie co do wielkości islandzkie miasto. Ma 18 tys. mieszkańców. Możecie do niego dotrzeć autobusem bądź samolotem chociażby z Reykjaviku. Tutaj spacerujemy po mieście, odwiedzamy domek Świętego Mikołaja, gdzie możecie kupić bombki ponoć z całego świata.
Stąd też możecie wybrać się do …

... Laufás

 To osada. Coś w postaci starożytnego folwarku. Miejsce kultu kościelnego, choć wywodzące się z pogaństwa. Pierwsze wzmianki o kościele pochodzą z 1047 roku a o rezydencji wodza osady w 874 roku.

 
 Osada zamieszkiwana była przez niewielką ilość osób (20 - 30), pracujących i przynoszących korzyści.

 Laufás jest częścią Kolekcji Budynków Historycznych Muzeum Narodowego i jest zarządzany przez Muzeum w Akureyri.

 Godziny otwarcia: 1 czerwca - 1 września: codziennie 10-17

 Natomiast chcący wybrać się w rejs by obserwować wieloryby muszą udać się nieco dalej na północ do miejscowości Husavik. My tę atrakcję już sobie darowaliśmy.

 Został nam już tylko jeden dzień pobytu w Islandii i 500 km do pokonania drogi do hotelu przy lotnisku w Keflaviku. W portfelu też już zaczęło być pustawo.


 Niestety jesteśmy zmuszeni przyśpieszyć nieco tempa. Znajdujemy jednak czas na krótkie przystanki jak: krater Grábrók, należący do grupy trzech kraterów stożkowych Grábrókargigar . Pozostałe dwa to Grábrókarfell oraz Mały Grábrók.
 Zakupiliśmy gdzieś po drodze opakowanie jajek. Mieliśmy je sobie ugotować w gorących źródłach. Niestety i na ich poszukiwanie zabrakło nam czasu. Jedyne miejsce gdzie może i by taka możliwość była to Deildartunguhver ale tam gotowanie jajek było zakazane. Cóż. Ugotowaliśmy je sobie dopiero w kuchni hotelowej.
 Deildartunguhver to kolejne źródło termalne Islandii, słynące jako najwyżej płynące gorące źródło w Europie. Dzięki szybkiemu przepływowi (180 litrów) na sekundę źródło wytwarza tak dużo energii, że większość wody jest wykorzystywana do ogrzewania islandzkich domów. To świetne miejsce, by zobaczyć, w jaki sposób Islandczycy wykorzystują siłę swojego środowiska naturalnego.
 Swoją drogą, ciekawe czy ogrzewanie domów w Islandii nadal jest bezpłatne?

 Zarówno Grábrók jak i Deildartunguhver możecie zobaczyć na naszym filmie poniżej.


  
 Ostatniego dnia znaleźliśmy jeszcze chwilkę by zatrzymać się w miejscowości Arkanes, Było już późne popołudnie. Tutaj zwiedziliśmy jedynie latarnię, porozmawialiśmy z Panią , która sprzedawała bilety na nią. I poznaliśmy dzięki niej opinię Islandczyków o pracujących tu i mieszkających Polakach. Opinia nie była aż tak negatywna. Brak integracji, niechęć nauki języka islandzkiego… . Polacy są największą mniejszością mieszkającą na wyspie. Stanowią ponoć 8–10 % wszystkich mieszkańców.

 Chyba jednak nie wszyscy nie chcą uczyć się języka. Pracownica lotniska, która sprawdzała rezerwację naszych bagaży także okazała się Polką, kolejny pracownik służb lotniska także zwrócił się do nas po polsku (akurat wcześniej słyszał nasze rozmowy). Oni chyba musieli znać język islandzki?

 Wylatywaliśmy z Islandii bardzo wcześniej rano. Samochód odstawiliśmy do wypożyczalni, kluczyki wrzuciliśmy do skrzynki (była 5 rano, więc biuro było jeszcze zamknięte). No i ruszyliśmy na piechotę na lotnisko.

 Tak się skończyła nasza islandzka przygoda. Islandia pożegnała nas 12 stopniami Celsjusza, Bruksela przywitała zaledwie 3 godziny później ... 42 stopniami.

 A oto nasz wspomniany film z pobytu. 



autor : JANek
zdjęcia: Tędy i Tamtędy






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz