Przed nami 8 dni zupełnie nowych dla nas doświadczeń.
Typowa islandzka pogoda. Przewodniki turystyczne nie kłamały. Pada deszcz, wieje wiatr? Spokojnie, bez obaw. Za 5 minut wyjdzie słońce.
Nie zapominajcie też, że maksymalna dozwolona prędkość na wyspie to 90 km/h. My spotkaliśmy radar na zupełnym odludziu.
Rozpoczynamy naszą przygodę.
Docieramy do Hafnarfjörður pod Reykjavikiem. Tam mieliśmy zarezerwowany pokój w hostelu. Dzieliliśmy go z jakąś młodą Islandką. Była jednak mało rozmowna.
Wspólne pokoje, wspólna kuchnia, lodówka (każdy miał swoje miejsce na półce z przyklejoną kartką ze swym imieniem). I nikt nikomu niczego nie podbierał. Mój serek Skyr także nie został naruszony. W tym miejscu od razu o nim coś powiem. Skyr, który znajdziecie w swoich pobliskich marketach nie smakuje tak samo wyśmienicie jak ten kupiony na Islandii.
W hostelu poznaliśmy także pewnego geologa, który wraz ze swym partnerem podróżował po wyspie. Doinformował naszą wiedzę i wskazał miejsca, które warto zobaczyć. Oczywiście skorzystaliśmy z jego wskazówek. Nieco później opowiemy o miejscu, które nam polecił.
Już pierwsza noc w hostelu była dla nas zaskoczeniem. W nocy w ogóle nie robiło się ciemno (był lipiec). Na szczęście piętrowe łóżka w pokoju posiadały zasłony, które po zasłonięciu mogły imitować noc.
Kościół znajduje się w centrum stolicy. Jest doskonale widoczny z wielu miejsc, stanowiąc jednocześnie dobry punkt orientacyjny.
Przed kościołem znajdziecie pomnik Leifa Erikssona. Podarowany został w 1930 przez Stany Zjednoczone z okazji 1000-lecia islandzkiego parlamentu.
Ruszamy dalej. Dochodzimy nad ocean. Przed nami otwierają się wody Zatoki Faxaflói.
Jej autor, Jón Gunnar Árnason to islandzki rzeźbiarz, zmarły w 1989 roku. Jego prace były wystawiane w Norwegii, w Holandii czy w Niemczech.
Harpa przykuwa uwagę z daleka i polecamy wejść do środka. Metalowa konstrukcja i przyciemniane szyby dodają nieco mrocznego i tajemniczego doznania wizualnego.
Nie sposób nie poczuć (przynajmniej w lipcu) woni drzew, kwiatów, które mijamy po drodze. Roślinność pachnie z daleka. I taki jest właśnie Reykjavik. Tutaj natura pozostaje naturą. Samo miasto w ogóle nie ma nic wspólnego z wielkimi aglomeracjami. Mieszka tu w sumie połowa mieszkańców całej Islandii ale to i tak zaledwie ok. 150 tyś. osób.
12 Tónar
Także i polscy artyści ulegli islandzkim klimatom. Poszukajcie w internecie teledysków; grupy Behemoth - ‘’Beh Sahar’’ czy Hani Rani – ‘’F Major’’. Czy to przypadek, że każdego w w/w wykonawców lubię i ich szanuję?
Tak więc nie mogłem sobie odmówić odwiedzin słynnego w całej Islandii, kultowego sklepu muzycznego.
12 Tónar to sklep i jednocześnie wytwórnia muzyczna. To stąd islandzka muzyka wychodziła w świat. Pan sprzedawca jest bardzo ochoczy do rozmowy i kto wie, może Wam, tak samo jak nam, zaproponuje gorącą herbatkę. Oczywiście koniecznie musiałem poszperać w płytach winylowych i jeden taki sobie zakupiłem.
Zahaczamy o Islandzkie Muzeum Penisów. Żeby było jasne. Nie chodzi jedynie o ludzkie penisy. Jeżeli liczycie na jakieś mocno erotyczne doznania to raczej ich nie uświadczycie. Pod względem edukacyjnym jednak, jest to miejsce jak najbardziej godne uwagi. Samo muzeum jest niewielkie i szybko z niego wychodzimy. Zresztą zaraz będziemy w kolejnym muzeum.
Tym razem to Narodowe Muzeum Islandii. Bardzo ciekawe i pouczające miejsce, które przybliży Wam historię egzystencji mieszkańców na przełomach wielu wieków na wyspie.
Nie próżnujemy. Czas na Perlan. Kolejne miejsce, które powinno Was zaciekawić. Centrum kulturalne i jednocześnie edukujące. Jest to również kompleks zbiorników ciepłej wody. Mieści jej aż 21 milionów litrów.
Porozmawialiśmy troszkę z kelnerem. Okazał się Węgrem i poinformował nas, że na kuchni gotują Polacy. Ten polski temat będzie się co jakiś czas pojawiał.
Drugie danie stanowił zwykły sznycel. Raczej szukaliśmy już czegoś tańszego niż wykwintnego. Ta zupa wcale nam nie wyszła tak tanio.
O jedzeniu jeszcze co nieco napiszemy ale zaznaczamy, tego słynnego śmierdzącego rekina nie jedliśmy. Zabrakło nam odwagi. Temat ryb jednak się pojawi.
Na tym kończymy etap Reykjavik.
Przygotowując się do naszego wyjazdu, wcześniej poczyniliśmy szereg rezerwacji tutejszych atrakcji.
Słynną Blue Lagoon rezerwował Łukasz. Kąpiel w gorących źródłach wybrał o godzinie 21.00, co pozwoliło nam na kąpiel przy zachodzie słońca, które w praktyce i tak prawie nigdzie nie zaszło. Wybór wieczornej pory był także sporo tańszy. Każdy bilet zawierał też w cenie możliwość wyboru drinka. Bufet znajdował się w wodzie i taką drogę trzeba była także do niego pokonać.
Zanim jednak skorzystamy z kąpieli, obowiązkowo musimy wziąć prysznic. Jest to miejsce typowo turystyczne, więc prysznice i szatnia są odpowiednio podzielone na żeńskie i męskie. W wielu innych tego typu miejscach nagość nie stanowi żadnego tabu dla żadnej z płci.
O tej otwartości w sieci możecie przeczytać całe historię. Dla Islandczyków nie stanowi to ani zgorszenia ani wstydu przed inną osobą.
Nadal nocujemy w naszym hostelu, mamy w okolicy jeszcze kilka miejsc do zobaczenia. Dziś tzw. region ‘’Złoty Krąg – Gullni hringurinn’’. Nasz plan dziś jest napięty a jeszcze nie jesteśmy świadomi, że czeka nas nieplanowana niespodzianka.
Najpierw park Þingvellir. Znajduje się on kilkadziesiąt kilometrów od stolicy. Miejsce to jest ważne dla Islandczyków. To tam w 930 roku zebrał się pierwszy parlament Althing.
Kiedy już zostawicie samochód na parkingu to po drodze na początku szlaku napotkacie się na pomnik upamiętniający pożar letniego domku rządowego, w którym zginął premier Bjami Benediktsson wraz z czteroletnim wnukiem.
W 2005 roku park został wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO.
A to właśnie Gejzer strzelał najwyżej i dostarczał przeżyć znacznie większych niż Stokkur.
Okolice doliny są dość wietrznym terenem. Przynajmniej my trafiliśmy na spory wiatr, zwłaszcza wspinając się na pagórki otaczające dolinę. Warto jednak i tam pozostać chwilę i pospacerować.
Już z daleka wygląda niesamowicie a kiedy już dotrzecie bezpośrednio pod niego, zobaczycie z jaką siłą wody rzeki Hvítá spadają milionami litrów w przepaść, opływając najpierw i spiętrzając jego skaliste dno.
Siła wiatru towarzysząca spływającej kaskadowo wodzie jest nie do opisania. To trzeba przeżyć na własnej skórze. Wodospad to prawdziwe cudo natury.
Robimy kilka fotek i ruszamy dalej. Kończy się asfalt, mijają nasze (na oko 5-6 km) a nasza góra wciąż przed nami.
Ziemia powoli wygląda niczym na jakiejś innej planecie. Góry gdzieniegdzie pokrywają resztki lodu, gdzieś w oddali spływające z lodowców wody tworzą spore zlewiska.
Krajobraz przybiera kosmiczny, niezamieszkany teren. Żadnego domu, żadnej żywej duszy, tylko my. Na dodatek nie wiemy co robić dalej. Kończy nam się paliwo. Jechać przed siebie czy wracać? Nie chcemy wracać. Tutaj nam się podoba. Chcemy więcej. Niestety rozsądek nam mówi coś innego.
Nigdy nie zapomnimy strachu, kiedy na tym pustkowiu zaświeciła się lampka kontrolna wskazująca kończące się paliwo. Dopiero później sprawdziliśmy na mapie, gdzie w ogóle dotarliśmy. Jak się okazało zapuściliśmy się na słynny Kjölur, drogę nr 35, przecinająca kraj w połowie pomiędzy lodowcami Langjökull i Hofsjökull.
Gdybyśmy pojechali dalej, dotarlibyśmy w miejsca, które w naszym grafiku mamy zwiedzać za 4 dni. To tak jakbyśmy z Katowic do Gdańska planowali jechać przez Kraków, Lublin, Białystok a skrócilibyśmy sobie drogę przez Łódź i Toruń.
Uff. W końcu jest stacja paliw. Tankujemy. Wszyscy radośnie wracamy do naszego hostelu pod Reykjavikiem. Jutro czeka nas nowa wyprawa w głąb Islandii. Mamy zamiar objechać wyspę drogą nr 1. W okolice Reykjaviku wrócimy dopiero za kilka dni.
No to w drogę. Ruszamy na wschód. Przed nami droga w nieznane. Następny nocleg za ok. 400 km. Po drodze jeszcze kilka atrakcji.
Nie zapominajcie zatankować paliwa. Nawet jeśli macie połowę zbiornika. Nigdy nie wiadomo, kiedy będzie kolejna stacja paliw. Z wypożyczalni warto wypożyczyć także kanister i go napełnić. Nie lekceważcie tego.
Użytkownikom dronów zalecamy przy unieśli przy nim swe urządzenia przy wodospadzie w górę by podziwiać właśnie z góry jego spadające wody. My pozostaliśmy na dole. Za to ścieżka prowadząca do wodospadu doprowadziła nas za niego od tyłu. To całkiem ciekawe przeżycie, móc stanąć z drugiej strony a właściwie pod wodospadem spływających z niego strumieni wody.
Wcześniej zalecamy założyć coś co nie przepuszcza deszczu. My co prawda mieliśmy kurtki ale spodnie przemokły nam totalnie. Na parkingu musieliśmy zmienić na kolejne a te mokre suszyliśmy dopiero, kiedy dotarliśmy na kolejny nocleg.
Skógafoss możecie ponadto obejrzeć także z góry. Prowadzi tam ścieżka ze schodkami.
Jego lodów możecie praktycznie dotknąć dłońmi. Zostawiając samochód, czeka Was najpierw spacer poprzez ścieżkę wokół wód roztopowych ale kiedy już podejdziecie pod niego bliżej czeka Was nie lada majestatyczny widok.
Tam też odważyliśmy się napić wody bezpośrednio z rozlewisk. Smakowała normalnie. Jak widać do tej pory żyjemy. Choć wody zasilają rzekę Jökulsá, słynącą ze smrodu zepsutych jajek, to nic takiego nie czuliśmy.
Sam lodowiec to odgałęzienie wielkiego Mýrdalsjökull, gdzie występuje aktywność słynnego wulkanu Katla.
My jednak na spotkanie w maskonurami wybraliśmy się zupełnie gdzie indziej ale o tym powiemy nieco później.
Czarna plaża słynie z bardzo wysokich fal, nawet do 30 metrów. Nie ma to miejsca każdorazowo ale wielu turystów bagatelizuje ostrzeżenie, dając się porywać przygodzie z dobijającymi do skał wodami oceanu.
Jest to jednak bardzo niebezpieczne zachowanie. Możecie zostać wciągnięci do oceanu.
Podczas naszej wizyty fale akurat nie były zbyt duże co pozwoliło nam na zapuszczenie się i wspinaczki na plażowe skały.
Miejsca po których chodziliśmy dwa tygodnie później praktycznie przestały istnieć. Część skarpy runęła do wód oceanu. Fakt ten nie wpłynął jednak negatywnie na urok tej chyba najpiękniejszej z czarnych plaż w Islandii.
W restauracji przy plaży natomiast skosztowałem najsmaczniejszej zupy rybnej jaką jadłem w życiu. Była to zupa z łososia. Nie pamiętam co jedli nasi kompanii podróży.
Dodatkowo zamówiłem czarnego hamburgera (czarna bułka o mocnym aromacie siarki) z łososiem, jajkiem, warzywami. Aromat i smak tej bułki był tak silny, że bez popicia nie dałem rady zjeść.
Kanion Fjaðrárgljúfur ma 2 km długości i 100 metrów głębokości. Warto zrobić sobie przy nim przerwę i pospacerować wokół. Uformował się około 9 tysięcy lat temu. Zbudowany głównie z palagonitów. Dociera do niego droga nr 206. odchodząca od drogi głównej nr.1. My spacerowaliśmy jego górną częścią ale jest też możliwość podziwiania go z dołu.
Kanionów na wyspie jest znacznie więcej. Więc gdybyście planowali podróż do Islandii, weźcie je pod uwagę.
Islandia to taki kraj, którego nie da się odkryć w tydzień czy dwa. Nasze 8 dni i tak były napięte i wciąż pozostaje niedosyt i chęć powrotu na wyspę. Czytając różne przewodniki i blogi aż serce nas ściska, że byliśmy właściwie gdzieś obok a nie trafiliśmy w te cudne miejsca, bądź brakowało nam czasu by wszędzie dojechać.
Słoneczna pogoda powoli ustępuje chmurom, mgłom i deszczom. Zbliżamy się do lodowców , w tym do największego Vatnajökull. Zanim to jednak nastąpi zatrzymujemy się przy szkielecie mostu Skeiðará.
W 1996 roku potężny wybuch wulkanu pod lodowcem Vatnajökull, spowodował stopnienie dużej części lodowca, co wywołało także zalewanie znacznej części terenu. Most został staranowany przez olbrzymie bryły lodu spływające z lodowca a był to największy most na drodze nr 1. Spowodowało to wówczas straszne problemy komunikacyjne kraju.
Tak w ogóle to przemierzając wschodnią Islandią na północ, zauważycie, że teren jest bardzo znikomo zamieszkały. Po prawej w oddali widzicie lodowce, po lewej nieograniczone rozlewiska , których wody łączą się już tylko z oceanem. Te wody nigdy nie pozostają takie same. Raz stanowią mniejsze, raz wręcz ogromne połacie roztopów.
Pogoda robi się coraz bardziej kapryśna, wieje wiatr, deszcz zacina bokiem, droga prowadzi po bardzo stromych zboczach. Co jakiś czas stoją koparki czy inny sprzęt drogowy. Zapewne zostawiony tam na stałe celem ewentualnych remontów dróg. Czasami ujrzycie jakieś gospodarstwo domowe, osamotnione pośród gór, za jakieś 20 km kolejne gospodarstwo. Gdzieś po drodze owce zablokują Wam drogę. Tylko nie trąbcie na nie. Prędzej czy później sobie pójdą. W sumie napotykając owce, macie kolejną okazję by sfotografować Islandię jak należy.
Kontrast bieli i błękitu lodowych wzniesień i skarp, spływające rzeką bryły lodu. Spacer pośród tych lodowych brył. I ta niby szara i ponura, niemal zimowa aura a jednocześnie tak piękna i zachwycająca, że przysiadłem sobie na pagórku i nie miałem ochoty nigdzie się ruszać. Po prostu tam było magicznie. Ten ogrom lodu i wody wokół. Niesamowite.
Nasza baza noclegowa znajdowała się nieco dalej, tuż przed miastem Höfn . I jak się okazało kolejna magia Islandii.
Kiedy dostrzegliśmy poranną ciszę, połacie zielonych łąk a za nimi ocean, z drugiej strony wzniesienia za którymi był już tylko lodowiec, pasące się tuż obok słynne islandzkie konie, nasze baterie doładowaliśmy na 200%.
Do tego jednorazowy grill i islandzkie piwo zakupione w markecie Netto w Höfn i siedzenie przed domkiem owinięci w kocach z kubkiem gorącej herbaty,. Brakowało kominka.
W sklepie natychmiast rzuciły nam się polskie batoniki Prince Polo. To ponoć ulubione batoniki Islandczyków. Ja skusiłem się na suszone ryby. Całkiem dobrze smakowały w połączeniu z ketchupem. Ponoć kiedyś służyły jako środek płatniczy.
By się wykąpać, trzeba było się udać do murowanego budynku obok. Niech Was nie zdziwi brak podziału na męski i żeński. Przed kabinami prysznicowymi są przygotowane do przebrania się ławki. Zostawiacie tam swe ubrania i po prostu wchodzicie do kabiny. To, że obok kobiety stanie nagi mężczyzna naprawdę jest tutaj normalne.
No i znów pora ruszyć w drogę, znów mgły, deszcz, szereg tuneli. Na moment zbaczamy z drogi nr.1.
Jedziemy w kierunku Fiordów Wschodnich - Borgarfjordur Eystri.
0dsapnęliśmy, kiedy wjechaliśmy w nieco niższe tereny. Nieco później znaleźliśmy miejsce na którym tak bardzo nam zależało. Przyjechaliśmy tu dla pewnych milutkich ptaszków.
I znów po lekkim stresie spowodowanym warunkami drogowymi w dotarciu tutaj, przyszło jakieś odprężenie, kiedy to już zobaczyliśmy setki maskonurów. Pewnie było ich więcej? Trudno określić.
Mówi się na nie papugi północy. Są średniej budowy, wielkości ok 18 cm. Na lądzie przebywają jedynie w okresie lęgowym. Pozostałą część życia spędzają na wodach oceanu.
Widok maskonurów z ich pomarańczowymi dzióbkami, wychodzących ze swych nor na stromych skałach wybrzeży oceanu, które sami podkopują, dostarcza człowiekowi nawet pewnego rodzaju relaksu.
To taki kolejny rodzaj doświadczenia, który pozostaje w pamięci chyba na zawsze.
Pora ruszać dalej. Do kolejnej bazy noclegowej jeszcze daleko. Musimy do wieczora dotrzeć do Akureyri na północy kraju. Znów musimy wracać tą samą niebezpieczną drogą we mgle. Kiedy minęliśmy bardzo mglisty teren w oddali naszym oczom ukazał się renifer. Przystanęliśmy na chwilkę by się jemu nieco przyjrzeć.
Wracamy na drogę nr.1.
W okolicy znajduje się słynne zielono-błękitne jezioro Mývatn. Jego wody są bogate w składniki mineralne.
Istnieje także szereg możliwości kąpieli w pobliskich naturalnych kąpieliskach. Nie korzystajcie z jakiś dzikich miejsc, bez oznaczeń.
Całe szczęście, że latem wciąż jest w Islandii widno. Przed zameldowaniem w naszym kolejnym miejscu zamieszkania zdążamy jeszcze zaliczyć bardzo ważny wodospad.
W miesiącach letnich pod wodospad podpływają łososie, więc jeśli ktoś ma ochotę na świeżego łososia, powinien się tym faktem zainteresować. W pobliżu znajduje się też hotel. My w nim nie byliśmy ale kto wie? Może podają tam te świeże łososie?
Ponoć w przeszłości ktoś odważny przepłynął po wodospadzie kajakiem.
Laufás jest częścią Kolekcji Budynków Historycznych Muzeum Narodowego i jest zarządzany przez Muzeum w Akureyri.
Godziny otwarcia: 1 czerwca - 1 września: codziennie 10-17
Natomiast chcący wybrać się w rejs by obserwować wieloryby muszą udać się nieco dalej na północ do miejscowości Husavik. My tę atrakcję już sobie darowaliśmy.
Został nam już tylko jeden dzień pobytu w Islandii i 500 km do pokonania drogi do hotelu przy lotnisku w Keflaviku. W portfelu też już zaczęło być pustawo.
Zakupiliśmy gdzieś po drodze opakowanie jajek. Mieliśmy je sobie ugotować w gorących źródłach. Niestety i na ich poszukiwanie zabrakło nam czasu. Jedyne miejsce gdzie może i by taka możliwość była to Deildartunguhver ale tam gotowanie jajek było zakazane. Cóż. Ugotowaliśmy je sobie dopiero w kuchni hotelowej.
Deildartunguhver to kolejne źródło termalne Islandii, słynące jako najwyżej płynące gorące źródło w Europie. Dzięki szybkiemu przepływowi (180 litrów) na sekundę źródło wytwarza tak dużo energii, że większość wody jest wykorzystywana do ogrzewania islandzkich domów. To świetne miejsce, by zobaczyć, w jaki sposób Islandczycy wykorzystują siłę swojego środowiska naturalnego.
Swoją drogą, ciekawe czy ogrzewanie domów w Islandii nadal jest bezpłatne?
Zarówno Grábrók jak i Deildartunguhver możecie zobaczyć na naszym filmie poniżej.
Chyba jednak nie wszyscy nie chcą uczyć się języka. Pracownica lotniska, która sprawdzała rezerwację naszych bagaży także okazała się Polką, kolejny pracownik służb lotniska także zwrócił się do nas po polsku (akurat wcześniej słyszał nasze rozmowy). Oni chyba musieli znać język islandzki?
Wylatywaliśmy z Islandii bardzo wcześniej rano. Samochód odstawiliśmy do wypożyczalni, kluczyki wrzuciliśmy do skrzynki (była 5 rano, więc biuro było jeszcze zamknięte). No i ruszyliśmy na piechotę na lotnisko.
Tak się skończyła nasza islandzka przygoda. Islandia pożegnała nas 12 stopniami Celsjusza, Bruksela przywitała zaledwie 3 godziny później ... 42 stopniami.
A oto nasz wspomniany film z pobytu.
zdjęcia: Tędy i Tamtędy





.jpg)
















































Brak komentarzy:
Prześlij komentarz