Cześć.
Nasz blog to przede wszystkim zapis naszych historii podróżniczych. Takie nasze opowieści.
Po prostu pakujemy walizki, czasem są to plecaki... i ruszamy w drogę. Raz jest to wycieczka, innym razem zaplanowane wakacje. Zawsze zabieramy ze sobą kamerę by później pokazać Wam nasze filmy i opowiedzieć o miejscach w których byliśmy, które nas zauroczyły.
Miłej lektury i miłego oglądania naszych filmów. Zapraszamy: ŁUKASZ I JANEK.
Co byśmy nie napisali o czeskiej Pradze, zapewne nie odkryjemy za wiele nowego. W sieci można wyszukać naprawdę wiele ciekawostek. Zresztą sami posiłkowaliśmy się informacjami, które znaleźliśmy w internecie.
Nie pozostaje nam nic innego, jak spróbować Wam opisać nasze własne doświadczenia i odczucia.
Zaczniemy od hotelu. Nie będziemy ukrywać. W Hiltonach nie sypiamy. Nasz praski hotel, poza tym, że dostaliśmy pokój z balkonem i to na 14-tym piętrze, nie różnił się od wielu innych. Szkoda tylko, że widok z niego nie był na stronę miasta a w stronę lotniska. Przynajmniej patrzyliśmy sobie na przyfruwające i odfruwające samoloty. Dostaliśmy też kluczyk do parkingu, więc autko sobie przez te 3 dni spokojnie odpoczywało. Był jeszcze w pobliżu sklep otwarty do godz. 21.00. Do metra też nie było daleko. No i bez przesiadek metro codziennie dowoziło nas do przystanku Malostranská czyli gdzieś pomiędzy kierunkiem na Hradczany a kierunkiem na Most Karola. W każdym bądź razie Wełtawa była obok, więc nie sposób się zgubić. Praga zaskoczyła nas bardzo tanimi biletami na komunikację miejską. Wystarczy kupić 15 lub 30 minutowe. W tym czasie bez problemu dostaniecie się do centrum. Później wystarczą Wam już własne nogi by zwiedzać miasto. Był taki moment, drugiego dnia pobytu. Wskoczyłem pierwszy do pociągu. Lektor już mówi - ''Drzwi się zamykają'' no i ... Łukasz i Wiolka zostali za drzwiami. Ta scena niczym z filmu na długo mi zostanie jeszcze w pamięci. Szkoda, ze nie miałem wtedy włączonej kamery. To zdecydowanie brakujący klaps z naszego filmu o Pradze. Zaczekałem na nich stację dalej. To już zobaczycie w filmie.
Od razu od pierwszego dnia, Łukasz zakochał się w Kofoli. To znany i popularny orzeźwiający czeski napój. Taka czeska cola. Łukasz po jej wypiciu dostał takiego powera, że nawet zagrał dla nich w reklamie i to zupełnie za free. To też zobaczycie w naszym filmie. Zresztą tylko w nim. Przynajmniej na razie. Zresztą tak ta nasza czeska wyprawa wyglądała. Ja biegałem z kamerą, Łukasz odgrywał rolę pierwszoplanową, no i była jeszcze Wiolka a dokładnie @wiola85. Ona zaś próbuje kariery na własną rękę, udając że śpiewa do swego telefonu. Chwilę później już ją ogląda świat na Tik Toku. Nieśmiało dodamy, że gościnnie i my czasem u niej wystąpiliśmy. Świat idzie do przodu. Jedni utknęli na You Tube i zaliczają znikome ilości wyświetleń, inni są bardziej nowocześni i w jeden dzień zbierają to, czego ... my jeszcze nie osiągnęliśmy.
Dobra, czas na zwiedzanko. Oczywiście niemal natychmiast trafiamy na dziwnie brzmiący szyld, ''Restaurace v Cipu'', i już zaczęło być nam wesoło. W kolejnych dniach dostrzegamy kolejne napisy, ''Najčerstvejšie ryby v meste'' czy zapis przy wydawaniu reszty w hotelowym automacie z kawą ''Škrábátko na mince''. Przepraszam. Może mam wyuzdane skojarzenia ale po przeczytaniu tego ostatniego napisu, ledwo utrzymałem w dłoniach kubki z kawą. Nie mogłem powstrzymać śmiechu. Całe te śmieszne polsko-czeskie sytuacje językowe zrozumiemy jedynie my, pomiędzy sobą. Żeby było jasne, niczego nie ''szukaliśmy'' 😀.
Spacer po praskim Starym Mieście odbywał się obowiązkowo poprzez
Staroměstské náměstí, zaraz obok słynny zegar astronomiczny Pražský orloj.
Stańcie przy nim obowiązkowo i poczekajcie na atrakcje wizualno - akustyczne.
Trochę tam trudno strzelić sobie fotkę no bo... każdy chce mieć co wrzucić na Facebooka czy Tik Toka ale warto być wytrwałym i nieco cierpliwym. Nam się udało. Z Krecikiem też mamy fotki. A co...?
Z Czeskiej Szwajcarii ( też o niej piszemy na blogu i też zrobiliśmy film), dotarliśmy do Pragi w południe, więc dosyć szybko poczuliśmy głód.
Chcieliśmy zjeść Bramborowe knedliki ale kelner nam oznajmił, że już nie ma. Trudno. Wszyscy zamawiamy pieczoną kaczkę z również pieczonymi ziemniaczkami oraz surówką z kapusty czerwonej. Do tego piwo Svijany. Nie zamawiajcie przypadkiem wody. Piwo jest w Czechach dużo tańsze.
Na Moście Karola, panują pewne rytuały duchowe. Pośród posągów są miejsca szczególnie ważne, także pośród turystów. Wszystko to za sprawą pewnego duchownego, Jana Nepomucena, którego dostojnicy króla Wacława IV ponoć wrzucili do Wełtawy. Miało to miejsce w XIV wieku. Tymczasem mamy wiek XXI i przez tyle lat wszyscy o tym pamiętają. Pamiętał też Łukasz.
Przy barierce zamontowany jest pewien relief, należy dotknąć rzeźby dwoma palcami lewej dłoni, wypowiedzieć w myślach życzenie i boom, życzenie się spełnia 😀. Nie wiem tylko czy każdy z nas wie, która to lewa a która prawa ręka. W każdym bądź razie życzę Łukaszowi spełnienia życzenia.
Jest też posąg Jana Nepomucena. Jego dotyka się z myślą o szczęśliwej podróży.
Przy nim fotek nie mamy.
Obowiązkowo zwiedzamy Hradczany, wykupujemy bilet do wnętrza katedry świętego Wita, na Złotą Uliczkę oraz do Starego Królewskiego Pałacu.
Jak będziecie na Złotej Uliczce to nie zapomnijcie, że w domku pod numerem 22, mieszkał i tworzył Franz Kafka. Postać związana z Czechami niczym Wojak Szwejk.
Teraz w domku możecie kupić pamiątki związane z Kafką.
A jak traficie na najwęższą uliczkę w Pradze, pamiętajcie także, że zaraz obok jest Muzeum Franza Kafki. Jedna z wielu restauracji Wojaka Szwejka również.
Natomiast na placu muzeum dość nietypowa rzeźba pewnego lokalnego artysty, Davida Černego. Jego dzieł jest w mieście znacznie więcej. My trafiamy na dwa. Opowiemy jednak o jednym. Ten drugi jest w filmie Praga.
Dwóch gości sika sobie na Czechy i to tak całkiem publicznie. Mało tego. Ponoć dużą popularnością i aplauzem ewentualnych zgromadzonych cieszy się bezpośrednie picie wody z penisów tych panów. Nie wiedzieliśmy o tym w chwili zwiedzania. Szkoda. Było tak gorąco. Pić chciało się strasznie.
Te penisy ponoć często padają ofiarą dewastacji.
Bądźmy jednak poważniejsi. Rzeźba upamiętnia wejście Czech do Unii Europejskiej i ma symbolizować stosunek polityków do kraju. Polakom chyba brak aż tak luźnego poczucia humoru. Jakoś sobie podobnej rzeźby w Polsce nie wyobrażam.
Nie byłbym sobą, gdybym pominął temat słynnej ściany Johna Lennona i zrobił sobie tam zdjęcia.
Miejsce to, bardzo kultowe dla miasta jest ciągle symbolem walki o wolność i miłość. W czasach komunistycznych, młodzież umieszczała na niej hasła przeciwko ówczesnym władzom. Władze z kolei, niejednokrotnie zamalowywali hasła a ludzi je piszących porównywano do alkoholików, psychicznie chorych czy agentów służb zachodnich.
Dlaczego taka nazwa ściany? Niegdyś widniał na niej oryginalny portret Johna Lennona a także cytaty z tekstów piosenek grupy The Beatles.
Pragę zwiedzaliśmy bez pośpiechu. Rejs statkiem przy drinku był fajnym prawie uwieńczeniem dnia, dzięki czemu nabraliśmy nieco sił by po prostu pójść przed siebie. Gdzieś nieco dalej od turystów. Spacerowaliśmy pośród uliczek, schodków na tyłach Hradczan. Ten miły, ciepły i spokojny wieczór mógł się dla nas nigdy nie kończyć.
Wielu turystów koniecznie chce zobaczyć Tańczący dom, więc i my to zrobiliśmy. Nawet wjechaliśmy na jego taras widokowy. Wstęp niestety płatny.
Napiliśmy się tam kawy, zjedliśmy ciastko i popstrykaliśmy kilka zdjęć.
Ten dom mógł stać w Warszawie ale kiedy takowa propozycja budowy padła, władze polskiej stolicy nie wyraziły zainteresowania jego budową.
Ostatni dzień poświeciliśmy na wyprawę na wzgórze Petřín.
To pełne zieleni i symboli historycznych fajne miejsce na spacer. Można tam się wybrać na piechotę ale można także wjechać specjalnym wagonikiem.
Nie musicie jechać do Paryża by zobaczyć wieżę Eiffla. Praga też ją ma. Co prawda sporo mniejszą i to bez windy ale za to kiedy już dostaniecie się na jej taras widokowy, waszym oczom ukażą się najlepsze widoki na panoramę Pragi. Ładniejszy od tego w Paryżu.
Po zejściu z niej wpadliśmy do sąsiedniego baru na małego drinka a później poszliśmy się nieco pośmiać do Labiryntu Luster.
Zeszliśmy z Petřín już o własnych siłach, zatrzymując się co jakiś czas by podziwiać piękne widoki tego jeszcze piękniejszego miasta. Miasta, które ma duszę, miasta w którym czuć luz i czuć wolność. Miasta do którego trzeba przyjechać na troszkę dłużej niż jeden dzień.
Nie przyjeżdżajcie tu na chwilkę. Pragę trzeba poczuć.
Na następną opowieść z Czech, jeszcze w tym miesiącu, zapraszamy do Mariańskich Łaźni.
Tym razem w troszkę nietypowy sposób docieraliśmy do celu. Najpierw pojechaliśmy wieczornym pociągiem do Brukseli, stamtąd przesiedliśmy się na autobus, który dowiózł nas do Dortmundu.
W tym czasie nasz samochód został sobie w garażu. Przyda mu się odpoczynek.
Do Dortmundu dotarliśmy parę chwil po 7.00 rano, Szybkie siusiu, kawusia i już widzimy machającą do nas Wiolkę, która właśnie podjechała na przydworcowy parking swym samochodem.
Wiolka to wspomniana wcześniej trzecia osoba. Szybko dorzuciliśmy do jej bagażu nasze. Łukaszowi zdążyło się wcześniej urwać ucho od walizki. W ostatniej chwili przepakowywał się z małej walizki do dużej. Ta duża rzadko używana była moją walizką. Sorki Łukasz. Skąd mogłem wiedzieć, że to już schorowana emerytka?
Ruszyliśmy. Żeby było miło, Wiolka włączyła nam playlistę z czeskimi przebojami i tak w towarzystwie Karela Gotta, Heleny Vondráčkovej, Petra Kotvalda, Ewy Farny po czesku czy Hany Zagorovej dojechaliśmy do ...
HŘENSKO
Hřensko to niewielka wieś leżąca nad rzeką Kamenice, tuż przy ujściu do Łaby. Jej drugi brzeg na tym odcinku to już Niemcy.
Rzeka Łaba
Z łatwością odnajdujemy nasz hotel. Przywitały nas z wielką uprzejmością dwie Azjatki. Kiedy pokazaliśmy im w recepcji nasze belgijskie dowody osobiste, rozmowa jeszcze bardziej rozkwitła i to nie po czesku, nie po angielsku czy niemiecku. Pogadaliśmy sobie po niderlandzku.
Jak się okazało, jedna z Pań mieszkała swego czasu we Flandrii tuż pod Antwerpią. I co ciekawe, jakieś 15-20 km od miejsca w którym my obecnie mieszkamy.
Czas na obiad. Głód nie daje spokoju, więc wyruszamy głównym pasażem w poszukiwaniu restauracji. Pasaż jest jednocześnie miejscem handlowym i znów opanowanym przez Azjatów. Oferta sprzedażowa wszechstronna. Płacimy w Euro lub w czeskich koronach a sprzedawcy zrobią dosłownie wszystko byście tylko u nich coś kupili.
I nas ogarnęła ciekawość ich ofert na półkach. Zakupiłem coś, czego nie piłem od dzieciństwa. Rumowa esencja herbaciana.
Ach ten zapach i smak z miejsca mnie sprowokował by w hotelu zrobić sobie herbatki.
Zrobiłem ją też Łukaszowi i Wiolce. To dla nich nowy smak, nieznany dotąd. Nie krytykowali, więc chyba smakowało?
No dobra. Jest restauracja. Tym razem obsługują nas Czesi. W oczekiwaniu na danie proponują coś do picia. Wiadomo, czas napić się czeskiego piwa.
A co zamawiamy na talerzach? Ja z Łukaszem nawet się nie zastanawialiśmy. Wybór był prosty i oczywisty.
Vepřový guláš a hospodský knedlík
Pozycja obowiązkowa czeskiej kuchni. Danie pożywne i bardzo smaczne. Wiolka w tym czasie zamówiła sobie steka z szynką w środku. Kto wie, może i to był mądrzejszy wybór. Na jaj talerzu było więcej pożywienia.
Drugi dzień całkowicie poświęcamy na wyprawę do Parku Narodowego Czeskiej Szwajcarii.
Pakujemy plecaki, zabieramy wodę i ruszamy na szlak.
Tereny Parku Narodowego w lipcu 2022 roku niestety uległy wielkiemu pożarowi. Ogień był tak wielki, że widziano go w niemieckiej Saksonii.
Początkowo wydawało się, że służby poradzą sobie z pożarem, jednak nadchodzący duży wiatr rozwiał wszelkie nadzieje. Pożar zahaczał o coraz większe rejony, prowadząc w rezultacie do rezygnacji z dalszego ugaszania. Nie było to właściwie realne. Niedostępne tereny górskie niweczyły każdą możliwość walki z klęską.
W ogniu stanęły także okolice słynnej Bramy Prawczyckiej. Cuda natury i chluby tego miejsca. To ona stanowiła tego dnia nasz główny cel wyprawy.
PRAVČICKÁ BRÁNA A SOKOLÍ HNÍZDO
Pravčická brána
Dojście do niej nie jest jakimś wymagającym wysiłkiem. Zabierzcie po prostu ze sobą butelkę wody, dobre buty czy wygodną odzież. Nawet nie zauważycie, kiedy dotrzecie do celu. Po drodze czas Wam szybko zejdzie na robieniu zdjęć.
W sąsiadującym z Bramą pałacyku Sokolí hnízdo, możecie skorzystać z restauracji albo zdecydować się na wejście do galerii fotograficznej.
Pałacyk to ponadto jedno z pierwszych miejsc turystycznych w Europie.
Tereny wokół Bramy Prawczickiej od XIX wieku stanowiły własność prywatną. Właścicielem był austriacki książę Edmund Clary-Aldringen. To on udostępnił to miejsce turystom w 1881 roku.
Bramę możecie podziwiać z wielu okolicznych tarasów widokowych. Doczytajcie nas do końca, na dole znajdziecie link do naszego linku w wyprawy.
Wąwóz Edmunda to kolejne miejsce warte zobaczenia. Wejście do niego znajdziecie na końcu pasażu w Hřensko, tuż przed drogowskazami szlakowymi. Niestety musieliśmy się obejść smakiem. Przeprawa przez wąwóz był zamknięta i to aż do odwołania. Zostało nam jeszcze trochę wolnego czasu, więc szybko wyszukujemy kolejną atrakcję. Troszkę mało czasu mieliśmy na kolejną pieszą wycieczkę. Na szczęście w Hřensko całkiem sprawnie działa komunikacja autobusowa.
Wsiadamy, kupujemy bilet (zakup u kierowcy), jedziemy do Mozni. Stamtąd jeszcze ok 2 km spaceru. Przy okazji obcujemy z krajobrazami czeskich wsi. I docieramy do ...
DIVOKA SOUTESKA
Tym razem spacer odbywa się pośród drzew, skał, wielu celowo zbudowanych drewnianych schodków i kładek. Najważniejsze, że cały czas idziecie w dół. Nie myślcie o powrotnej drodze pod górkę.
Na samym końcu szlaku znajduje się przystań. Rejs po Divoka Souteska wynagrodzi Wam wysiłek. Tym bardziej, ze panowie flisacy są niezwykle mili i zabawni. Bileciki na łódź także kupicie u nich bezpośrednio.
Naturalna formacja skalna Divoka Souteska wynosi 450-460 metrów długości a jej pionowe ściany sięgają 150 metrów wysokości.
Ponadto występuje tu wiele rodzajów roślinności. Ich życiu pomaga różnica temperatur oraz wilgotności.
Divoka Souteska
Wieczorkiem zdążamy raz jeszcze do restauracji. Nasz obiad to już właściwie kolacja. Nie powiedzieliśmy Wam wcześniej o mnogości pszczół w okolicy. Były wszędzie. Zjedzenie obiadu w spokoju graniczyło z cudem. Kilka pszczół chodziło po naszych talerzach, inne próbowały naszego piwa, jeszcze inne zażyły kąpieli w kuflach z naszym piwem. Pszczoły ryby też lubią. Chodziły po moim pstrągu.
Tego wieczoru zdarzyło się coś jeszcze. Postanowiliśmy zejść pospacerować po rzece Kamenice w Hřensko, tuż przy jej ujściu do rzeki Łaby. No i zdarzyło się to, co ujrzycie poniżej.
Zdjęcie powyżej to niefortunny spacer Łukasza w rzece a poniżej cała nasza trójka, Łukasz, ja i Wiolka na kawie w restauracji w Sokole Gniazdo, za nami Prawczicka Brama.
Z Czeskiej Szwajcarii rankiem wyruszamy do Pragi ale to już opowieść z kolejnego odcinka. Tymczasem ten odcinek możecie sobie obejrzeć w formie filmowej. To niespełna 14 minut. Dacie radę. Pozdrawiamy.
Wakacje
2019 rozpoczęliśmy od koncertu grupy Rammstein. Akurat byli w
trasie koncertowej i odwiedzili brukselski stadion Króla Baudoina I.
Parę
dni później zameldowaliśmy się na belgijskim lotnisku Zaventem.
Przed nami planowana od kilku miesięcy podróż. Najpierw lecimy do
Kopenhagi, potem przesiadamy się na dużo większy samolot linii
Icelandair.Jak
wskazuje nazwa przewoźnika, lecimy na Islandię. Przed
nami 8 dni zupełnie nowych dla nas doświadczeń.
Po
przybyciu do Keflaviku, odbieramy z wypożyczalni samochód (jeden z
pracowników okazał się Polakiem), i tu kiedy ruszyliśmy samochodem, pierwsze ekstremalne przeżycia. Niebo
nagle zrobiło się ciemne,wręcz czarne, zaczął padać deszcz. Szyby naszej
Dacii (miała być nowsza wersja Duster a nie jakaś
starsza.
4x4 było, więc nie dyskutowaliśmy) zaparowały na maksa. 5 osób
nagle zaczęło oddychać, więc szyby nie dały rady. Na szczęście
szybko znaleźliśmy właściwe pokrętła (za wiele ich tam nie
było) by zapobiec dalszemu parowaniu. Co ciekawe po kilku minutach
niebo znów zrobiło się przejrzyste. Po deszczu nie było śladu. Typowa
islandzka pogoda. Przewodniki turystyczne nie kłamały. Pada deszcz,
wieje wiatr? Spokojnie, bez obaw. Za 5 minut wyjdzie słońce.
Pamiętajcie!
Wypożyczając samochód na Islandii, chcąc się zapuścić w głąb
kraj, weźcie dodatkowe pakiety; ubezpieczcie drzwi od wiatru czy
karoserii od odpryskujących kamieni, również warto wziąć kanister. Nie
zapominajcie też, że maksymalna dozwolona prędkość na wyspie to
90 km/h. My spotkaliśmy radar na zupełnym odludziu.
Światła
w aucie obowiązują przez cały rok o każdej porze dnia. Rozpoczynamy
naszą przygodę.
Docieramy
do Hafnarfjörður
pod Reykjavikiem. Tam mieliśmy zarezerwowany pokój w hostelu.
Dzieliliśmy go z jakąś młodą Islandką. Była
jednak mało rozmowna.
Wspólne
pokoje, wspólna kuchnia, lodówka (każdy miał swoje miejsce na
półce z przyklejoną kartką ze swym imieniem). I nikt nikomu
niczego nie podbierał. Mój serek Skyr także nie został naruszony.
W tym miejscu od razu o nim coś powiem. Skyr, który znajdziecie w
swoich pobliskich marketach nie smakuje tak samo wyśmienicie jak ten
kupiony na Islandii.
To również tam natknęliśmy się kolejne zjawisko, dość powszechne, zwłaszcza w okolicach stolicy. Ciepła woda pod prysznicem miała zapach zepsutych jajek. Można się do tego jednak dość szybko przyzwyczaić.
W
hostelu poznaliśmy także pewnego geologa, który wraz ze swym
partnerem podróżował po wyspie. Doinformował naszą wiedzę i
wskazał miejsca, które warto zobaczyć. Oczywiście skorzystaliśmy
z jego wskazówek. Nieco później opowiemy o miejscu, które nam
polecił.
Już
pierwsza noc w hostelu była dla nas zaskoczeniem. W nocy w ogóle
nie robiło się ciemno (był lipiec). Na szczęście piętrowe
łóżka w pokoju posiadały zasłony, które po zasłonięciu mogły
imitować
noc.
Reykjavik
Tak.
Zaczynamy
od stolicy. Parkujemy samochód w pobliżu Kościoła
Hallgrímura,
wjeżdżamy windą na jego wieżę, skąd mogliśmy podziwiać
panoramę miasta.
Kościół
znajduje się w centrum stolicy. Jest doskonale widoczny z wielu
miejsc, stanowiąc jednocześnie dobry punkt orientacyjny.
Przed
kościołem znajdziecie pomnik Leifa Erikssona. Podarowany został
w 1930 przez Stany Zjednoczone z okazji 1000-lecia islandzkiego parlamentu.
Ruszamy dalej. Dochodzimy nad ocean. Przed nami otwierają się wody Zatoki Faxaflói.
Kilka fotek przy słynnej rzeźbie Sólfar. To niemal ikoniczna rzeźba miasta. Mówi się o niej ‘’Łódź marzeń’’ lub ‘’Oda do słońca’’. Symbolizuje ona marzenia o wolności, postępie czy nadziei nieodkrytych terytoriów.
Jej
autor, Jón Gunnar Árnason to islandzki rzeźbiarz, zmarły w 1989
roku. Jego prace były wystawiane w Norwegii, w Holandii czy w
Niemczech.
Tuż
nieopodal rzeźby, stoi słynna Harpa
(sala koncertowa i centrum konferencyjne stolicy). Jej budowę
rozpoczęto w 2007 roku. To pierwsza, specjalnie wybudowana sala
koncertowa w Reykjaviku. Znajduje się tam Islandzka Orkiestra
Symfoniczna. Odbywa się także Islandzki Festiwal Jazzowy.
Harpa
przykuwa uwagę z daleka i polecamy wejść do środka. Metalowa
konstrukcja i przyciemniane szyby dodają nieco mrocznego i
tajemniczego doznania wizualnego.
Nie
sposób nie poczuć (przynajmniej w lipcu) woni drzew, kwiatów,
które mijamy po drodze. Roślinność pachnie z daleka. I taki jest
właśnie Reykjavik. Tutaj natura pozostaje naturą. Samo
miasto w ogóle nie ma nic wspólnego z wielkimi aglomeracjami.
Mieszka tu w sumie połowa mieszkańców całej Islandii ale to i
tak
zaledwie ok. 150 tyś. osób.
Kolejny
przykład w którym nikt nie ingeruje w
naturę to
wodny raj dla wszelakiego rodzaju ptactwa, miejskieJezioro
Tjörnin.
Ulubione miejsce spacerów mieszkańców stolicy. Spacerujemy więc i
my. Pogoda
sprzyja. Atmosfera także. Podniecenie
pobytu na wyspie trwa.
12
Tónar
Islandię
pokochałem poprzez muzykę. Jeszcze w latach 80-tych XX wieku, kiedy
to Björk, kiedbyła jeszcze wokalistką grupy Sugarcubes.Później
zafascynowałem
się
majestatyczną muzykągrupy
Sigur
Rós,
która w swoich teledyskach zawsze przedstawiała
krajobrazy swego kraju. Jeszcze zanim dotarłem do Islandii, miałem
możliwość uczestnictwa
w
koncercie grupy. Już wtedy słuchając ich występu wyobrażałem
sobie Islandię. Te
tajemnicze, transowe
dźwięki
dobiegające ze sceny jedynie potęgowały mą wyobraźnię.
Podobnych
przeżyć dostarcza muzyka Ólafura
Arnaldsa.
Już
bardziej subtelna, miejscami filmowa ale oddająca jak najbardziej
ten islandzki klimat.
Także
i polscy artyści ulegli islandzkim klimatom. Poszukajcie
w internecie
teledysków;
grupy Behemoth
- ‘’Beh
Sahar’’
czy Hani
Rani –
‘’F
Major’’.
Czy
to przypadek, że każdego w w/w wykonawców lubię i ich szanuję?
Tak
więc nie mogłem sobie odmówić odwiedzin słynnego w całej Islandii, kultowego
sklepu muzycznego.
12
Tónar to
sklep i jednocześnie wytwórnia muzyczna. To stąd islandzka muzyka
wychodziła w świat. Pan
sprzedawca jest bardzo ochoczy do rozmowy i kto wie, może Wam, tak
samo jak nam, zaproponuje gorącą
herbatkę.
Oczywiście koniecznie musiałem poszperać w płytach winylowych i
jeden taki sobie zakupiłem.
Zahaczamy
o Islandzkie
Muzeum Penisów.
Żeby było jasne. Nie chodzi jedynie o ludzkie penisy. Jeżeli
liczycie na
jakieś mocno erotyczne doznania to raczej ich nie uświadczycie. Pod
względem edukacyjnym jednak, jest to miejsce jak najbardziej godne
uwagi. Samo
muzeum jest niewielkie i szybko z niego wychodzimy. Zresztą zaraz
będziemy w kolejnym muzeum.
Tym
razem to Narodowe
Muzeum Islandii.
Bardzo ciekawe i pouczające miejsce, które przybliży Wam historię
egzystencji mieszkańców na przełomach wielu wieków na wyspie.
Nie
próżnujemy. Czas na Perlan.
Kolejne miejsce, które powinno Was zaciekawić. Centrum kulturalne i
jednocześnie edukujące. Jest to również kompleks zbiorników
ciepłej wody. Mieści jej aż 21 milionów litrów.
Na
górze położony jest duży taras widokowy a więc kolejne miejsce
na zrobienie ładnych zdjęć i
spędzenie miło czasu.
Czas coś zjeść
Wizyta
w restauracji islandzkiej może szarpnąć za kieszeń. Da
przeciętnej 4 osobowej rodziny może być to spory wydatek. To
dopiero początek naszych wakacji, kasę mamy jeszcze pełną, więc
nie możemy sobie odmówić by zjeść coś tutejszego. Wybór padł
na Kjötsúpa
– to popularna zupa jagniąca. Mięso duszone z kością stanowią
bulion a obfitość korzennych warzyw dodaje pewną słodycz i gęstą
konsystencję. Smakowo blisko naszego kapuśniaka, mimo iż kapusty
tam nie było. Jednocześnie
jakaś nuta naszego rosołu.
Porozmawialiśmy
troszkę z kelnerem. Okazał się Węgrem i poinformował nas, że na
kuchni gotują Polacy. Ten
polski temat będzie się co jakiś czas pojawiał.
Drugie
danie stanowił zwykły
sznycel.
Raczej
szukaliśmy już czegoś tańszego niż wykwintnego. Ta zupa wcale nam nie wyszła tak tanio.
W
Hafnarfjörður
skosztowaliśmy hamburgera w bułce z frytkami. Przepraszamy
wszystkich Belgów ale to nie w Belgii jedliśmy najlepsze frytki w
życiu. Sam hamburger natomiast to ‘’niebo w podniebieniu’’.
Połączenie burgera z roztopionym plastrem sera, boczkiem i
rozpływającym się w ustach jajkiem sadzonym musieliśmy spróbować
odtworzyć także po powrocie do domu. Powiedzmy, ze nam się udało.
O
jedzeniu jeszcze co nieco napiszemy ale zaznaczamy, tego słynnego
śmierdzącego rekina nie jedliśmy. Zabrakło
nam odwagi. Temat ryb jednak się pojawi.
Na
tym kończymy etap Reykjavik.
Blue Lagoon
Przygotowując
się do naszego wyjazdu, wcześniej poczyniliśmy szereg rezerwacji
tutejszych atrakcji.
Słynną
Blue Lagoon rezerwował Łukasz. Kąpiel w gorących źródłach
wybrał o godzinie 21.00, co pozwoliło nam na kąpiel przy zachodzie
słońca, które w praktyce i tak prawie nigdzie nie zaszło. Wybór
wieczornej pory był także sporo tańszy. Każdy bilet zawierał też
w cenie możliwość wyboru drinka. Bufet znajdował się w wodzie i
taką drogę trzeba była także do niego pokonać.
Zaznaczamy,
iż mimo walorów leczniczych wody, wychodzimy z niej nieco ociężali.
Dopóki się w niej znajdowaliśmy, nic podobnego nie odczuliśmy.
Zanim
jednak skorzystamy z kąpieli, obowiązkowo musimy wziąć prysznic.
Jest to miejsce typowo turystyczne, więc prysznice i szatnia są
odpowiednio podzielone na żeńskie i męskie. W wielu innych tego
typu miejscach nagość nie stanowi żadnego tabu dla żadnej z płci.
O
tej otwartości w sieci możecie przeczytać całe historię. Dla
Islandczyków nie stanowi to ani zgorszenia ani wstydu przed inną
osobą.
Park NarodowyÞingvellir
Nadal
nocujemy w naszym hostelu, mamy w okolicy jeszcze kilka miejsc do
zobaczenia. Dziś
tzw. region ‘’Złoty
Krąg – Gullni hringurinn’’.
Nasz plan
dziś jest napięty a jeszcze nie jesteśmy świadomi, że czeka nas
nieplanowana niespodzianka.
Najpierw
park
Þingvellir.
Znajduje się on kilkadziesiąt kilometrów od stolicy. Miejsce to
jest ważne dla Islandczyków. To tam w 930 roku zebrał się
pierwszy parlament Althing.
Park
znajduje się w bardzo interesującym miejscu. To tutaj stykają się
płyty tektoniczne; euroazjatycka i północnoamerykańska. Wpływa
to oczywiście na dużą aktywność sejsmiczną i wulkaniczną. Sam
teren poprzecinany jest licznymi szczelinami.
Kiedy
już zostawicie samochód na parkingu to po drodze na początku
szlaku napotkacie się na pomnik upamiętniający pożar letniego
domku rządowego, w którym zginął premier Bjami Benediktsson wraz
z czteroletnim wnukiem.
W
2005 roku park
został
wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO.
Dolina Haukadalur czyli czas na Stokkur i Gejzer
To
jedno z tych miejsc, które są najpopularniejsze w regionie Złotego
Kręgu.Oczywiście
z wielkim podnieceniem ruszamy i my na spotkanie z wybuchającą z
ziemi nieco śmierdzącą i gorącą wodą. Najpierw
mijamy szereg źródełek i strumieni z bulgoczącą wodą.
O ile Stokkur wybucha w odstępach kilkuminutowych i sam jego wystrzał jest naprawdę imponujący, to znajdujący się obok Gejzer(Geysir)
niestety
nie wybucha praktycznie wcale. Po prostu przestał wybuchać. Brak
jego aktywności tłumaczy się różnie. Być może to wina ruchów
tektonicznych ziemi? Być może zaśmieceniem przez turystów, którzy
wrzucali do niego np. monety?
A
to właśnie Gejzer strzelał najwyżej i dostarczał przeżyć
znacznie większych niż Stokkur.
Okolice
doliny są dość wietrznym terenem. Przynajmniej my trafiliśmy na
spory wiatr, zwłaszcza wspinając się na pagórki otaczające
dolinę. Warto
jednak i tam pozostać chwilę i pospacerować.
Wodospad Gullfoss
Już
z daleka wygląda niesamowicie a kiedy już dotrzecie bezpośrednio
pod niego, zobaczycie z jaką siłą wody rzeki Hvítá
spadają milionami litrów w przepaść, opływając najpierw i
spiętrzając jego skaliste dno.
Siła
wiatru towarzysząca spływającej kaskadowo wodzie jest nie do
opisania. To trzeba przeżyć na własnej skórze. Wodospad to
prawdziwe cudo natury.
Możecie
to zobaczyć na naszym filmie, załączonym poniżej. Niestety film
jest słabej jakości nad czym ubolewamy do tej pory. Z
ujęć różnych aparatów i telefonów i słabej kamery udało nam
się jednak skleić film. Tak
czy owak, gorąco polecamy jego obejrzenie.
Wyjazd
nieplanowany
Z
tarasu widokowego nie opodal wodospadu Gullfoss
dostrzegamy pewien masyw górski. Stwierdzamy, że jest blisko. Na
oko z 5-6 km. Nie trzeba był nam długo myśleć. Jedziemy tam!!!
Po
drodze jeszcze się zatrzymujemy przy rzece Hvítá,
w miejscu, zanim tworzy ona wspomniany wodospad.
Robimy
kilka fotek i ruszamy dalej. Kończy się asfalt, mijają nasze (na
oko 5-6 km) a nasza góra wciąż przed nami.
Ziemia powoli wygląda
niczym na jakiejś innej planecie. Góry gdzieniegdzie pokrywają
resztki lodu, gdzieś w oddali spływające z lodowców wody tworzą
spore zlewiska.
Dopiero
później do nas dotarło, że dotarliśmy do lodowcowego jeziora
Hvítárvatn z którego to właśnie tworzy się rzeka Hvítá,
stanowiąca później wspomniany wodospad Gullfoss.
Krajobraz
przybiera kosmiczny, niezamieszkany teren. Żadnego domu, żadnej żywej
duszy, tylko my. Na dodatek nie wiemy co robić dalej. Kończy nam
się paliwo. Jechać przed siebie czy wracać? Nie chcemy wracać.
Tutaj nam się podoba. Chcemy więcej. Niestety rozsądek nam mówi
coś innego.
W
końcu dostrzegamy jakieś
niewielkie budynki, niczym zajazd na pustkowiu.
Ich
obraz wyłonił
się nagle. I nic innego oprócz niego na tym pustkowiu nie było.
Postanawiamy wejść do środka. Wow! Są ludzie. Przy wielkim stole
przygotowywała się do posiłku grupa Holendrów. Zapytaliśmy
się o stację paliw w pobliżu. Odpowiedź nas za bardzo nie
ucieszyła. Jadąc do przodu najbliższa stacja miała być za 100
km, wracając za ok. 60 km. Hmmm. Chcąc nie chcąc zawróciliśmy.
Nigdy
nie zapomnimy strachu, kiedy na tym pustkowiu zaświeciła się
lampka kontrolna wskazująca kończące się paliwo. Dopiero później
sprawdziliśmy na mapie, gdzie w ogóle dotarliśmy. Jak się
okazało zapuściliśmy się na słynny Kjölur,
drogę nr 35, przecinająca kraj w połowie pomiędzy lodowcami Langjökull i Hofsjökull.
Gdybyśmy
pojechali dalej, dotarlibyśmy w miejsca, które w naszym grafiku
mamy zwiedzać za 4 dni. To tak jakbyśmy z Katowic do Gdańska
planowali jechać przez Kraków, Lublin, Białystok a skrócilibyśmy
sobie drogę przez Łódź i Toruń.
Uff.
W końcu jest stacja paliw. Tankujemy. Wszyscy radośnie wracamy do
naszego hostelu pod Reykjavikiem. Jutro czeka nas nowa wyprawa w
głąb Islandii. Mamy zamiar objechać wyspę drogą nr 1. W okolice
Reykjaviku wrócimy dopiero za kilka dni.
No
to w drogę. Ruszamy na wschód. Przed
nami droga w nieznane. Następny
nocleg za ok. 400 km. Po drodze jeszcze kilka atrakcji.
Nie
zapominajcie zatankować paliwa. Nawet jeśli macie połowę
zbiornika. Nigdy nie wiadomo, kiedy będzie kolejna stacja paliw. Z
wypożyczalni warto wypożyczyć także kanister i go napełnić. Nie
lekceważcie tego.
Jadąc
drogą nr 1 zwracajcie uwagę na tabliczki informujące o atrakcjach.
Wtedy z reguły należy zjechać z drogi
głównej.
Wodospad Selialandsfoss
Użytkownikom
dronów zalecamy przy unieśli przy nim swe urządzenia przy wodospadzie w górę by
podziwiać właśnie z góry jego spadające wody. My pozostaliśmy
na dole. Za to ścieżka prowadząca do wodospadu doprowadziła nas
za niego od tyłu. To całkiem ciekawe przeżycie, móc stanąć z
drugiej strony a
właściwie pod wodospadem spływających
z niego strumieni wody.
Wodospad Skógafoss
Niesamowicie piękny wodospad. Musicie koniecznie podejść bezpośrednio pod niego. No chyba, ze nie chcecie zmoknąć. Wtedy wystarczy się do niego nie zbliżać. Nam nawet nie przyszło do głowy by patrzeć na niego jedynie z daleka. Wcześniej zalecamy założyć coś co nie przepuszcza deszczu. My co prawda mieliśmy kurtki ale spodnie przemokły nam totalnie. Na parkingu musieliśmy zmienić na kolejne a te mokre suszyliśmy dopiero, kiedy dotarliśmy na kolejny nocleg. Skógafoss możecie ponadto obejrzeć także z góry. Prowadzi tam ścieżka ze schodkami.
LodowiecSólheimajökull
To
ten lodowiec polecił nam poznany w hostelu geolog. Najbardziej
dostępny dla przeciętnego turysty bez potrzeby przygotowywania się
ze sprzętem do trekkingu. Jego
lodów
możecie praktycznie dotknąć dłońmi. Zostawiając samochód,
czeka Was najpierw spacer poprzez ścieżkę wokół wód roztopowych ale kiedy już
podejdziecie pod niego bliżej czeka Was nie lada majestatyczny
widok.
Tam
też odważyliśmy się napić wody bezpośrednio z rozlewisk.
Smakowała normalnie. Jak widać do tej pory żyjemy. Choć wody
zasilają rzekę Jökulsá,
słynącą
ze smrodu zepsutych jajek, to nic takiego nie czuliśmy.
Sam
lodowiec to odgałęzienie wielkiego Mýrdalsjökull,
gdzie występuje aktywność słynnego wulkanu Katla.
Czarna plaża Reynisfjara
Obowiązkowy
punkt zwiedzania kraju,
znana na całym świecie islandzka plaża charakteryzująca się
czarnym piaskiem a raczej czarnymi kamyczkami. Pośród bazaltowych
skał swe siedliska ma wiele gatunków ptaków, co zauważycie a
raczej usłyszycie niemal natychmiast. Również maskonurów.
My
jednak na spotkanie w maskonurami wybraliśmy się zupełnie gdzie
indziej ale o tym powiemy nieco później.
Czarna
plaża słynie z bardzo wysokich fal, nawet do 30 metrów. Nie ma to
miejsca każdorazowo ale wielu turystów bagatelizuje ostrzeżenie,
dając się porywać przygodzie z dobijającymi do skał wodami
oceanu.
Jest
to jednak bardzo niebezpieczne zachowanie. Możecie zostać
wciągnięci do oceanu.
Podczas
naszej wizyty fale akurat nie były zbyt duże co pozwoliło nam na
zapuszczenie się i wspinaczki na plażowe skały.
Miejsca
po których chodziliśmy dwa tygodnie później praktycznie
przestały istnieć. Część skarpy runęła do wód oceanu. Fakt
ten nie wpłynął jednak negatywnie na urok tej chyba
najpiękniejszej z czarnych plaż w Islandii.
W
restauracji przy plaży natomiast skosztowałem najsmaczniejszej zupy
rybnej jaką jadłem w życiu. Była to zupa z łososia. Nie
pamiętam co jedli nasi kompanii podróży.
Dodatkowo
zamówiłem czarnego hamburgera (czarna bułka o mocnym aromacie
siarki) z łososiem, jajkiem, warzywami. Aromat i smak tej bułki był
tak silny, że bez popicia nie dałem rady zjeść.
Kanion Fjaðrárgljúfur
Powoli
przesuwamy się na wschód kraju, jednak nadal zatrzymujemy się w
jego południowej części. Kanion
Fjaðrárgljúfur ma 2 km długości i 100 metrów głębokości.
Warto zrobić sobie przy nim przerwę i pospacerować wokół.
Uformował się około 9 tysięcy lat temu. Zbudowany głównie z
palagonitów. Dociera do niego droga nr 206. odchodząca od drogi
głównej nr.1. My spacerowaliśmy jego górną częścią ale jest
też możliwość podziwiania go z dołu. Kanionów
na wyspie jest znacznie więcej. Więc gdybyście planowali podróż
do Islandii, weźcie je pod uwagę.
Islandia
to taki kraj, którego nie da się odkryć w tydzień czy dwa. Nasze
8 dni i tak były napięte i wciąż pozostaje niedosyt i chęć
powrotu na
wyspę.
Czytając
różne przewodniki i blogi aż serce nas ściska, że byliśmy
właściwie gdzieś obok a nie trafiliśmy w te cudne miejsca, bądź
brakowało nam czasu by wszędzie dojechać.
Słoneczna
pogoda powoli ustępuje chmurom, mgłom i deszczom. Zbliżamy się do
lodowców , w tym do największego Vatnajökull.
Zanim to jednak nastąpi zatrzymujemy się przy szkielecie mostu
Skeiðará.
Ten
monument pozostawiony właściwie na zupełnym odludziu, stanowi
idealny przykład siły natury na Islandii. Stamtąd
także, pod warunkiem, że pogoda pozwoli na dobrą widoczność,
dojrzycie najwyższy szczyt Islandii, Hvannadalshnúkur. Według
pomiarów z 2005 roku, jego wysokość wynosiła 2109,6 m.n.p.m.
W
1996 roku potężny wybuch wulkanu pod lodowcem Vatnajökull,
spowodował stopnienie dużej części lodowca, co wywołało także
zalewanie znacznej części terenu. Most został staranowany przez
olbrzymie bryły lodu spływające z lodowca a był to największy
most na drodze nr 1. Spowodowało to wówczas straszne problemy
komunikacyjne kraju.
Tak
w ogóle to przemierzając wschodnią Islandią na północ,
zauważycie, że
teren jest bardzo znikomo zamieszkały. Po prawej w oddali widzicie
lodowce, po lewej nieograniczone rozlewiska , których wody łączą
się już tylko z oceanem. Te
wody nigdy nie pozostają takie same. Raz stanowią mniejsze, raz
wręcz ogromne połacie roztopów.
Pogoda
robi się coraz bardziej kapryśna, wieje wiatr, deszcz zacina
bokiem, droga prowadzi po bardzo stromych zboczach. Co jakiś czas
stoją koparki czy inny sprzęt drogowy. Zapewne zostawiony tam na
stałe celem ewentualnych remontów dróg. Czasami ujrzycie jakieś
gospodarstwo domowe, osamotnione pośród gór, za jakieś 20 km
kolejne gospodarstwo. Gdzieś po drodze owce zablokują
Wam drogę. Tylko nie trąbcie na nie. Prędzej czy później sobie
pójdą. W
sumie napotykając owce, macie kolejną okazję by sfotografować
Islandię jak należy.
Lodowiec Vatnajökull
Jeszcze
3 dni wcześniej w Reykjaviku chodziliśmy w koszulkach z krótkim
rękawem. Było 18 stopni. Tutaj wycieraczki w samochodzie nam
przymarzły. A więc mamy zimę w środku lata. Powiem sam za siebie
ale pewnie moi towarzysze podróży myśleli podobnie. To co
zobaczyłem to był najpiękniejszy widok jakie moje oczy widziały w
życiu.
Kontrast bieli i błękitu lodowych
wzniesień i skarp,
spływające rzeką bryły lodu. Spacer pośród tych lodowych brył.
I ta niby szara i ponura, niemal zimowa aura a jednocześnie tak
piękna
i zachwycająca,
że
przysiadłem sobie na pagórku i nie miałem ochoty nigdzie się
ruszać. Po prostu tam było magicznie. Ten ogrom lodu i wody wokół.
Niesamowite.
Nasza baza noclegowa znajdowała się nieco dalej, tuż przed miastem Höfn . I jak się okazało kolejna magia Islandii.
Z
początku byliśmy nieco zawiedzeni. Na stronie, gdzie zamawialiśmy
nocleg, widniały murowane zabudowania. W recepcji przydzielono nam
jednak malutki, drewniany domek. Z WC, mini jadalnią i jednym
malutkim pokoikiem z dwoma piętrowymi łóżkami. 5 osób nocowało
dwie noce w pokoju 2 x 2 metry.
Nasze
niezadowolenie szybko jednak przerodziło się w zauroczenie.
Kiedy
dostrzegliśmy poranną ciszę, połacie zielonych łąk a za nimi
ocean, z drugiej strony wzniesienia za którymi był już tylko
lodowiec, pasące się tuż obok słynne islandzkie konie, nasze
baterie doładowaliśmy na 200%.
Do
tego jednorazowy grill i islandzkie piwo zakupione w markecie Netto w
Höfn
i siedzenie przed domkiem owinięci w kocach z kubkiem gorącej
herbaty,. Brakowało kominka.
W
sklepie natychmiast rzuciły nam się polskie batoniki Prince Polo.
To ponoć ulubione batoniki Islandczyków. Ja skusiłem się na
suszone ryby. Całkiem dobrze smakowały w połączeniu z ketchupem.
Ponoć kiedyś służyły jako środek płatniczy.
By się wykąpać, trzeba było się udać do murowanego budynku obok. Niech Was nie zdziwi brak podziału na męski i żeński. Przed kabinami prysznicowymi są przygotowane do przebrania się ławki. Zostawiacie tam swe ubrania i po prostu wchodzicie do kabiny. To, że obok kobiety stanie nagi mężczyzna naprawdę jest tutaj normalne.
No
i znów pora ruszyć w drogę, znów mgły, deszcz, szereg tuneli. Na
moment zbaczamy z drogi nr.1.
Jedziemy w kierunku Fiordów Wschodnich - Borgarfjordur Eystri.
To
był moment najbardziej dla nas niebezpiecznej pogody. Nagle
znaleźliśmy się na wzniesieniu, na którym
panowała wszechobecna mgła. Wyboista i kamienista droga.
Praktycznie mgła wisiała tuż nad samochodem i tuż obok niego. Nie
widzieliśmy nic co było 2 metry przed nami czy za nami. Do tego
jakieś siły nieczyste ściągały nam samochód na bok. Tu brawa
dla kierującej Wiolki, naszej towarzyszki podróży. Ja miałem
wtedy odpoczynek od prowadzenia samochodu. 0dsapnęliśmy,
kiedy wjechaliśmy w nieco niższe tereny. Nieco później znaleźliśmy
miejsce na którym
tak bardzo nam zależało. Przyjechaliśmy tu dla pewnych milutkich
ptaszków.
Maskonury
Borgarfjordur
Eystri to dość odległe miejsce, ale to właśnie tutaj poczujecie
największą satysfakcję z obcowania z maskonurami
z tak bliska. Prawie na wyciągniecie dłoni. Pod warunkiem, że
będzie to ich okres lęgowy a więc gdzieś pomiędzy majem a
sierpniem.
I
znów po lekkim stresie spowodowanym warunkami drogowymi w dotarciu
tutaj, przyszło jakieś odprężenie, kiedy to już zobaczyliśmy
setki maskonurów. Pewnie było ich więcej? Trudno określić.
Mówi
się na nie papugi północy. Są średniej budowy, wielkości ok 18
cm. Na lądzie przebywają jedynie w okresie lęgowym. Pozostałą
część życia spędzają na wodach oceanu.
Widok
maskonurów z ich pomarańczowymi dzióbkami, wychodzących ze swych
nor na stromych skałach wybrzeży oceanu, które sami podkopują,
dostarcza człowiekowi nawet pewnego rodzaju relaksu.
To
taki kolejny rodzaj doświadczenia, który pozostaje w pamięci chyba
na zawsze.
Pora
ruszać dalej. Do kolejnej bazy noclegowej jeszcze daleko. Musimy do
wieczora dotrzeć do Akureyri
na północy kraju. Znów musimy wracać tą samą niebezpieczną
drogą we mgle. Kiedy
minęliśmy bardzo mglisty teren w oddali naszym oczom ukazał się
renifer. Przystanęliśmy na chwilkę by się jemu nieco przyjrzeć.
Wracamy
na drogę nr.1.
Mývatn Geothermal Area
Tutaj
zatrzymujemy się jedynie na moment. I to tylko z braku czasu.
Obiecaliśmy sobie wrócić nazajutrz. Jednak 80 kilometrowa droga
powrotna z Akureyri
okazała się lekko problemowa czasowo
do
wykonania.
Strefa
geotermalna Mývatn
jest pełna szczelin, wychodzącej z nich pary, bulgoczących
się źródełek
i znów przenikającego zapachu a raczej smrodu zgniłych jajek.
Tutaj szczególnie intensywnego.
W
okolicy znajduje się słynne zielono-błękitne jezioro Mývatn.
Jego wody są bogate w składniki mineralne.
Istnieje
także szereg możliwości kąpieli w pobliskich naturalnych
kąpieliskach. Nie korzystajcie z jakiś dzikich miejsc, bez
oznaczeń.
Całe
szczęście, że latem wciąż jest w Islandii widno. Przed
zameldowaniem w naszym kolejnym miejscu zamieszkania zdążamy
jeszcze zaliczyć
bardzo ważny wodospad.
Wodospad Goðafoss
Tzw.
Wodospad Bogów robi niemałe wrażenie. Jest częścią rzeki
Skjálfandafljót.
Wielu turystów uważa go za najpiękniejszy islandzki wodospad. Woda
z rzeki Skjálfandafljót
spada z wysokości 12 metrów na szerokość ponad 30 metrów. Sama
rzeka to czwarta pod względem długości rzeka w Islandii. Wypływa
z wód roztopowych lodowca Vatnajökull.
W
miesiącach letnich pod wodospad podpływają łososie, więc jeśli
ktoś ma ochotę na świeżego łososia, powinien się tym faktem
zainteresować. W pobliżu znajduje się też hotel. My w nim nie
byliśmy ale kto wie? Może podają tam te świeże łososie? Ponoć
w przeszłości ktoś odważny przepłynął po wodospadzie kajakiem.
Akureyri
To drugie co do wielkości islandzkie miasto. Ma 18 tys. mieszkańców.
Możecie do niego dotrzeć autobusem bądź samolotem chociażby z
Reykjaviku. Tutaj spacerujemy po mieście, odwiedzamy domek Świętego
Mikołaja,
gdzie możecie kupić bombki ponoć z całego świata.
Stąd
też możecie wybrać się do …
... Laufás
To
osada. Coś w postaci starożytnego folwarku. Miejsce kultu
kościelnego, choć wywodzące się z pogaństwa. Pierwsze wzmianki o
kościele pochodzą z 1047 roku a o rezydencji wodza osady w 874
roku.
Osada
zamieszkiwana była przez niewielką ilość osób (20 - 30),
pracujących i przynoszących korzyści.
Laufás
jest częścią Kolekcji Budynków Historycznych Muzeum Narodowego i
jest zarządzany przez Muzeum w Akureyri.
Godziny
otwarcia: 1
czerwca - 1 września: codziennie 10-17
Natomiast
chcący wybrać się w rejs by obserwować wieloryby muszą udać się
nieco dalej na północ do miejscowości Husavik. My tę atrakcję
już sobie darowaliśmy.
Został
nam już tylko jeden dzień pobytu w Islandii i 500 km do pokonania
drogi do hotelu przy lotnisku w Keflaviku. W
portfelu też już zaczęło być pustawo.
Niestety
jesteśmy zmuszeni przyśpieszyć nieco tempa. Znajdujemy jednak czas
na krótkie przystanki jak:kraterGrábrók,
należący
do grupy trzech
kraterów stożkowych Grábrókargigar
. Pozostałe
dwa to
Grábrókarfell oraz
Mały Grábrók. Zakupiliśmy gdzieś po
drodze opakowanie jajek. Mieliśmy je sobie ugotować w gorących
źródłach. Niestety i na ich poszukiwanie zabrakło nam czasu.
Jedyne miejsce gdzie może i by taka możliwość była to
Deildartunguhverale tam gotowanie jajek było zakazane. Cóż.
Ugotowaliśmy je sobie dopiero w kuchni hotelowej. Deildartunguhver
to
kolejneźródło
termalne Islandii, słynące jako najwyżej płynące gorące źródło
w Europie. Dzięki szybkiemu przepływowi (180 litrów) na sekundę
źródło wytwarza tak dużo energii, że większość wody jest
wykorzystywana do ogrzewania islandzkich domów. To świetne miejsce,
by zobaczyć, w jaki sposób Islandczycy wykorzystują siłę swojego
środowiska naturalnego. Swoją
drogą, ciekawe czy ogrzewanie domów w Islandii nadal jest
bezpłatne?
Zarówno Grábrók jak i Deildartunguhver możecie zobaczyć na naszym filmie poniżej.
Ostatniego dnia
znaleźliśmy jeszcze chwilkę by zatrzymać się w miejscowości
Arkanes, Było już późne popołudnie. Tutaj zwiedziliśmy
jedynie latarnię, porozmawialiśmy z Panią , która sprzedawała
bilety na nią. I poznaliśmy dzięki niej opinię Islandczyków o
pracujących tu i mieszkających Polakach. Opinia nie była aż tak
negatywna. Brak integracji, niechęć nauki języka islandzkiego… .
Polacy są największą mniejszością mieszkającą na wyspie. Stanowią
ponoć 8–10 % wszystkich mieszkańców.
Chyba jednak nie wszyscy
nie chcą uczyć się języka. Pracownica lotniska, która sprawdzała
rezerwację naszych bagaży także okazała się Polką, kolejny
pracownik służb lotniska także zwrócił się do nas po polsku
(akurat wcześniej słyszał nasze rozmowy). Oni chyba musieli znać
język islandzki?
Wylatywaliśmy z
Islandii bardzo wcześniej rano. Samochód odstawiliśmy do
wypożyczalni, kluczyki wrzuciliśmy do skrzynki (była 5 rano, więc
biuro było jeszcze zamknięte). No i ruszyliśmy na piechotę na
lotnisko.
Tak się skończyła
nasza islandzka przygoda. Islandia pożegnała nas 12 stopniami
Celsjusza, Bruksela przywitała zaledwie 3 godziny później ... 42
stopniami.